Trekking w krainie uśmiechów.

Hsipaw to sympatyczne miasteczko. Niektórzy twierdzą, że jego największą atrakcją jest senna, spokojna atmosfera i ulice na których wciąż częściej można zobaczyć zaprzężone w krowy wozy aniżeli samochody. Jednak ta sielanka to tylko kwestia czasu. Oto bowiem nad dwu-trzypiętrowe, tradycyjne domy wzbija się mały wieżowiec – najpewniej jedna z inwestycji Wielkiego Brata zza miedzy.

Jednego wieczora postanowiłem się wybrać na punkt widokowy, tzw. sunset hill. Wyszedłem jednak za późno, po drodze jeszcze trochę pobłądziłem, więc na szczycie znalazłem się tuż przed zapadnięciem wzroku. Byłem sam, nie licząc dwóch mnichów z pobliskiego małego klasztoru. Usiadłem na murku i zacząłem rozkoszować się widokiem. Po chwili przysiadł się do mnie mnich, uśmiechnął się szeroko i poczęstował herbatą oraz suszonymi owocami. Pogawędziliśmy chwilę w bardzo podstawowym angielskim, po czym oznajmiłem, że muszę zacząć wracać, bo boję się, że po ciemku nie znajdę drogi powrotnej. Mnich zaproponował, że mnie odprowadzi do miasta, bo i tak teraz zmierza. Powiedział, żebym poczekał chwilę. Po chwili wyłonił się zza zakrętu w kasku i na motorze! Byłem tak zaskoczony i rozbawiony tym widokiem, że nawet teraz gdy wracam pamięcią do tego wydarzenia, to nie mogę powstrzymać uśmiechu.

Następnego dnia z rana wraz z parą Słoweńców ruszam na 2,5-dniowy trekking po okolicznych wzgórzach. Towarzyszy nam przewodnik imieniem Ko Pa Laun i jest on typem człowieka, który od pierwszego momentu wzbudza w tobie najbardziej pozytywne uczucia. Jego szczery, szeroki uśmiech nie znika mu nigdy z twarzy i szybko staje się zaraźliwy. Wszelką odzież i sprzęt turystyczny, który posiada, dostał od innych turystów w ramach napiwków.

Często nam się wydaje, że tacy ludzie we wioskach w różnych biednych krajach są bardzo prości i niewykształceni. No bo co oni tam znają? Jakiś tam swój mało znany język i jak uprawiać pole, a jak się przyfarci, to trochę angielskiego. Nie to co u nas w Europie, gdzie każdy ma teoretycznie niemal nieograniczone możliwości.

Np. taki Ko Pa Laun. Pytam go skąd zna angielski (nauczył się od turystów) i czy zna jeszcze jakieś inne języki. Myśli przez chwilę, liczy na palcach i odpowiada po chwili:

– Tak z pięć-sześć.

– Ile?!

– No birmański, szan, dwie odmiany palaung i chiński. Ostatnio zacząłem jeszcze uczyć się francuskiego

Po krótkiej przerwie na pozbieranie opadniętych szczęk ruszyliśmy dalej.

Trasa naszego treku przebiega przez wioski zamieszkałe przez grupy etniczne Szan i Palaung. Wioski te są osiągalne w większości jedynie na piechotę, do niektórych można dotrzeć motorem. Nie ma kanalizacji, ani stałego dostępu prądu, gdzieniegdzie są tylko agregaty prądotwórcze. Od paru lat różne zachodnie NGOsy (z trudem) finansują budowy studni, ale wciąż wiele wiosek czerpie wodę bezpośrednio z rzek.

Nasz przewodnik jest nieoceniony w kwestii przybliżenia nam kultury lokalnych ludzi. Dowiadujemy się np. że kobiety Palaung oprócz wychowania dzieci i gotowania, ciężko pracują na polu, podczas gdy mężczyźni przez większość czasu obijają się. Odwrotnie jest w wioskach Szan ? tam kobiety pięknią się całymi dniami, podczas gdy mężczyźni zajmują się domem, dziećmi i pracą na polu. Zastanawiam się jak wyglądałoby małżeństwo mężczyzny Palaung i kobiety Szan, i po jakim czasie umarli by oboje z głodu.

Spotykamy również szczególną grupę kobiet Palaung, które zabarwiają swoje zęby czarnym betelem – podobno na znak swojej niezależności od mężczyzn.

Ko Pa Laun wyjaśnia też znaczenie mijanych po drodze kapliczek. Są one poświęcone duchom zwanym Nat. Charakter Nata można stwierdzić na podstawie koloru dwóch flag, które powiewają nad kapliczką. U dobrych Natów można wypraszać łaski np. obfite plony czy zdrowie, natomiast złe Naty można przekonać, aby zaszkodziły innym. Podobno trudnią się w tym źli czarownicy. Niektórzy Natowie pełnią rolę opiekunów danej wioski. Wiara w Naty została inkorporowana przez Buddyzm, podobnie jak animistyczny Bon został zaadaptowany na potrzeby Buddyzmu w Tybecie.

Ochronę przed złymi Natami mają zapewniać tatuaże z magicznymi inskrypcjami. Niektóre plemiona wierzą także, że niektóre tatuaże uchronią je przed kulami wystrzelonymi z broni palnej.

Wszyscy spotkani po drodze wieśniacy są fantastyczni. Uśmiechają się na nasz widok, chętnie pozują do zdjęć. Najlepsze są dzieci. Dosłownie pchają się do obiektywu, a gdy zobaczą swoje zdjęcie na ekranie wyświetlacza, nie mogą przestać się śmiać. I na dodatek nie proszą o cukierki, długopisy, zeszyty. Nie oznacza to, że nie można nic im zostawić, ale wszelkie podarunki powinny trafić do nauczycieli.

Obie noce na trasie spędzamy w domach lokalsów, co jest dość szczególne, ponieważ prawo birmańskie zakazuje swoim obywatelom oferowania noclegu cudzoziemcom w prywatnych domach. Nikt nie wydawał się jednak z naszego powodu szczególnie zdenerwowany. Może prawo to nie jest wszędzie tak mocno egzekwowane?

Trzeciego dnia w południe kończymy trek dochodząc do głównej szosy. Łapiemy płatnego stopa i wracamy do Hsipaw…

Poniżej jeszcze kilka zdjęć z trasy:

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2012 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *