The Road to Mandalay.

Postanowiłem, że wrócę do Mandalay koleją. Jednym z powodów był Gokteik – swego czasu najwyższy wiadukt kolejowy na świecie, dziś jedna z pamiątek po brytyjskim kolonializmie. Ponad 100-metrowy, żelazny potwór skrzypiał, gdy na niego wjechaliśmy, jak gdyby miał się zaraz zawalić. To jednak nie była jedyna atrakcja. Jeszcze na peronie spotkałem kobietę z grupy etnicznej Chin. Kobiety Chin słyną są z tatuaży pokrywających ich twarze. Ciekawe – ostatni raz widziałem etniczny tatuaż na twarzy u Indian Matses w Peru. Tutaj tatuaże miały jednak (podobno) inne zastosowanie – miały odstraszać porywaczy i gwałcicieli z wrogich plemion. Czyli podobna historia jak z krążkami w ustach u kobiet z plemienia Mursi w Etiopii. Albo kolejna nieudolna próba wyjaśnienia obcych zwyczajów przez białych. Droga do Mandalay nie trwała długo – na szczęście! Inaczej siedzące za mną dzieciaki wyrwałyby mi wszystkie włosy z głowy!

Okolica Mandalay jest ciekawa i wszyscy z grubsza zwiedzają to samo: Most U Bein – najdłuższy most z drewna tekowego na świecie, Mingun z jednym z największych dzwonów na świecie czy Amarapura, w której biedni mnisi nie mogą już spokojnie zjeść drugiego śniadania, bo turyści zaglądają im z obiektywami do garów. I Paleik, gdzie przebywa obecnie dwóch mnichów zreinkarnowanych jako pytony…

 Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2012 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *