The Moustache Brothers.

Przychodzi facet do dentysty. Nie, nie przychodzi… przylatuje. Do Tajlandii. Z Birmy. Zdziwiony stomatolog przyjmuje zagranicznego gościa, a po skończonej wizycie pyta, czy nie mają dentystów u siebie.

– Mamy – odpowiada mężczyzna. – Ale u nas zabrania się otwierać usta.

Za opowiedzenie takiego suchara można trafić w Birmie na kilka lat do paki. Wiedzą o tym najlepiej członkowie kabaretu The Moustache Brothers – do niedawna trio. Niestety, jakiś czas temu założyciel trupy Par Par Lay w wieku 67 lat opuścił nasz padół łez i rozpaczy. Swoim poczuciem humoru walczył z dyktaturą, co przypłacił spędzeniem w sumie 6 lat w różnych więzieniach.

Jego brat Lu Maw i kuzyn Lu Zaw robią dalej to, co robili wcześniej we trójkę, czyli przedstawienia obśmiewające władze w Birmie. Jest tylko jedno „ale” – mogą to robić wyłącznie po angielsku i dla cudzoziemców. Show odbywa się w ich domu, na widowni na plastikowych białych siedzeniach zasiada w sezonie kilku-kilkunastu turystów, a na zapleczu turkocze generator prądu.

Gdy po spektaklu wychodzimy z Piotrkiem na zewnątrz od razu dopada nas rikszarz. Grzecznie odmawiamy, ale koleś nie daje za wygraną. Jedzie obok nas, coś krzyczy, wymachuje rękami. Nie rozumie ani jednego słowa po angielsku, ale zdaje się, że wie, gdzie jest nasz hotel. Pokazuje na zmięty banknot, po czym dumnie bije się w pierś i uśmiecha, dając nam do zrozumienia, że za tyle to on nas weźmie. Nie chodzi o to, że chce dużo pieniędzy, ale planowaliśmy się przejść, poza tym riksza nie wygląda na zbyt wygodną. W pewnym momencie przestajemy zwracać na niego uwagę, ale on cały czas jedzie obok nas i próbuje nas zagadać.

Ostatecznie jednak wymiękamy. Facet jest niezłomny. Pokazujemy mu na migi, że możemy z nim jechać, ale ponieważ połowa drogi już za nami, to zapłacimy mu połowę pierwotnej kwoty. Zgoda.

Jedziemy kilka minut. Rikszarz przystaje i pokazuje, że się zmęczył, po czym z rozbrajającym uśmiechem wskazuje, żebyśmy się zamienili – jeden z nas popedałuje, a on sobie odpocznie!

A niech tam! Wciskam pedały i pędzę przez wieczorne ulice Mandalay z moimi pasażerami. Gdy przejeżdżamy obok kumpli naszego rikszarza ten pokazuje im prawdopodobnie coś w rodzaju birmańskiego gestu Kozakiewicza. Poziom absurdu sięga zenitu. Śmiech. Odjeżdżamy w noc. Kurtyna.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2012 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *