Starego wygi przygody w Birmie.

Latanie nigdy mnie nie stresowało. Statystycznie jest ono wszak bezpieczniejsze niż jazda samochodem, a nawet jeśli… szybka śmierć i czas na rachunek sumienia w bonusie. Gdy wsiadam na pokład ogarnia mnie poczucie błogiego fatalizmu.

To czas przed wejściem do samolotu wywołuje niepokój. Czy dobrze sprawdziłem datę i godzinę odlotu, lotnisko, terminal, czy zdążę… Gdzie mój paszport? Czy nie odwołają albo nie opóźnią mojego przelotu tanimi liniami z Gdańska do Londynu, przez co nie zdążę na lot do Bangkoku? Dodam, że to moja pierwsza samotna podróż, a przynajmniej pierwsze dziesięć dni, dopóki nie dołączy do mnie Piotrek. Karina nie dała rady tym razem mi towarzyszyć.

Szczęśliwie ląduję na nowoczesnym Suvarnabhumi Airport. Przechodzę przez odprawę celną tylko po to, aby odebrać bagaż i kilka godzin później wylecieć do Birmy. Próbuję się chwilę przespać, zapominam jednak przestawić zegarek o pół godziny na czas tajlandzki po międzylądowaniu w New Delhi i prawie przegapiam lot do Rangunu – wbiegam na pokład na last callu…

Birma od dłuższego czasu stała na pierwszym miejscu na mojej liście krajów, które chciałem odwiedzić. Fakt, że nie wiedziałem o niej praktycznie nic jedynie paradoksalnie wzmagał mój apetyt. Ale co go rozbudziło po raz pierwszy? Chyba opowieści innych podróżników, z którymi przyszło spotkać się na rozdrożach. Birma nierzadko przewijała się w ich opowieściach jako kraj wyjątkowy, inny niż wszystkie pozostałe w regionie oraz przede wszystkim jako skupisko najbardziej sympatycznych ludzi w Azji. Szczególnie to ostatnie nie pasowało mi do całości. Kraj, który od 50 lat rządzony jest przez bezduszną juntę miałby być pełen ludzi sympatycznych? Nie było mnie jeszcze wtedy na świecie, ale PRL-owska rzeczywistość jawiła mi się ze zdjęć, filmów i piosenek zawsze jako szara i przygnębiająca. Czy to możliwe, aby ludzie w gorszym systemie zdołali zachować owianą już legendą pogodę ducha? Nie uwierzyłem na słowo, więc musiałem sprawdzić.

Samolot zaczyna podchodzić do lądowania, zbliżamy się do największego miasta w Birmie. Za oknem kwadraty pól rozciągają się po horyzont. Dopiero, gdy jesteśmy już bardzo nisko, pojawiają się pierwsze budynki, jakiś fragment ulicy… i jesteśmy.

Urzędniczka celna sprawdza moje dane z wydrukowaną i uzupełnioną ręcznie listą cudzoziemców. Zastanawiam się, czy przydzielili mi mojego prywatnego ubeka. Załatwiona miesiąc wcześniej przez ambasadę w Berlinie wiza jest OK. Wpuszczają mnie.

Wychodzę z budynku lotniska. Standardowo ignoruję pierwszych z brzegu taksówkarzy – ci są zawsze najdrożsi, żądają tak zwanej oficjalnej ceny, która w tym wypadku wynosi 8 dolarów. Wychodzę kilka metrów dalej i proszę! – specjalna cena 5 dolarów, tylko dla mnie. To rozumiem. Grzecznie dziękuję i idę dalej. O dziwo nikt mnie nie zatrzymuje, nie krzyczy „my friend!”, wszyscy jacyś wyluzowani. Wychodzę na główną ulicę i zaczynam iść w prawo. Nie ma chodnika, więc idę po ulicy, tuż przy krawężniku. Co chwila zatrzymuje się samochód i dostaję kolejne propozycje, coraz niższe. Jeden kierowca pyta dokąd idę.

– Na autobus – odpowiadam.

– Ooo, to daleko, 10 kilometrów!

No! W końcu jakiś porządny ściemniacz. Macham mu na pożegnanie. Idę dalej i rozważam, ile naprawdę jestem w stanie zapłacić za taksówkę i ile zapłacę za autobus, zważywszy, że tak w zasadzie bez lokalnej waluty nie mam czym za niego zapłacić. Ustalam, że mam ochotę wydać maksymalnie 3 dolary. Dwa samochody później jadę taksówką za 3 dolce do centrum i cieszę się, jaki to jestem sprytny. Odszedłem od lotniska jakieś 500 metrów.

Gdzie dokładnie Cię wysadzić, pyta kierowca. Dobre pytanie, nie wiem. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Przypominam sobie jedną nazwę w centrum, gdzie wymieniają kasę. Sule Paya, mówię. OK. Próbuję coś zagadać kierowcę, ale rozmowa się nie klei. Może nie zna więcej angielskiego, albo po prostu nie chce rozmawiać. Wyglądam zza okna na świat, który do tej pory istniał jedynie w mojej wyobraźni. Pierwszą rzeczą na jaką zwracam uwagę jest dziwny strój niemal wszystkich mężczyzn. Chodzą oni bowiem w wydłużonych do kolan, wiązanych z przodu kiltach! Są to tzw. longyi. Podobne stroje można spotkać w innych częściach Azji, ale na taką skalę to noszone są już chyba tylko w Birmie.

Co jakiś czas mijamy spacerujących mnichów ze swoimi charakterystycznymi parasolkami i miskami do zbierania jałmużny. Gdzieś w oddali miga mi górująca nad miastem, ociekająca złotem i diamentami pagoda Shwedagon.

Dojeżdżamy do Sule Paya, która okazuje się być dwu-tysiącletnią pagodą stojąca na rondzie. Niedaleko obok mieści się protestancki zbór. W mieście można też znaleźć kilka świątyń hinduskich, a nawet synagogę!

Dobra, czas podjąć decyzję co robię. Rangun wydaje się bardzo ciekawy, ale jego zwiedzanie zostawię sobie na potem. Postanawiam tylko wymienić pieniądze i wbić się w nocny autobus do Mandalay.

A właściwie powinienem napisać „tylko”. W Birmie nie ma bankomatów, zostały zlikwidowane, gdy międzynarodowe banki spakowały się po nałożeniu kolejnych sankcji gospodarczych na kraj. W Birmie funkcjonuje czarny rynek walutowy. Oficjalny kurs dolara to mniej więcej 1 dolar=8 kyatów (wym. cziatów). Kurs czarnorynkowy: w okolicach 1 dolar=1000 kyatów. Różnica jest łagodnie mówiąc zauważalna. Co ciekawe, czarny rynek jest dość powszechnie tolerowany. Na tyle, że można podejść do najbliższego policjanta i zapytać, gdzie można wymienić pieniądze. Czasem tajniacy robią najazdy na cinkciarzy w turystycznych miejscach takich jak Bogyoke Market, ale to raczej na pokaz. Nikt nie wie dlaczego oficjalny kurs jest tak irracjonalnie zaniżony, ale jedną z teorii jest ta, iż służy on tuszowaniu realnych pieniędzy wydawanych na zbrojenia przez rządzących. W każdym razie gdybyście chcieli wymienić gdzieś dolary po oficjalnym kursie, to jest szansa, że zostalibyście zatrzymani i następnie deportowani za dywersję. Ktoś chętny? 🙂

Ale wróćmy na Sule Paya. Chwile kręcę się po skwerze z miną głupiego, zagubionego turysty, ale przecież nim nie jestem, zaoszczędziłem wszak 5 dolców na taksówce! Zagadują mnie chiromanci, oferując odczytanie mojej przyszłości z linii papilarnych, ale dziękuję, tłumacząc uprzejmie, że moja religia zabrania mi tego typu praktyk. W końcu zjawiają się.

Jest ich dwóch. Uśmiechają się czerwonymi od betelu zębami (sprawia to wrażenie, jak gdyby kolesie mieli poważne krwawienie dziąseł – kolejny charakterystyczny birmański obrazek). Money change? Jaki kurs, pytam. Panie, najlepszy!

Nie napisałem Wam jednej ważnej rzeczy o walucie birmańskie. Najwyższy, realnie dostępny nominał to 1000 kyat, czyli w przybliżeniu 1 dolar (są jeszcze banknoty pięciotysięczne, ale trudno dostępne i rzadko kto ma wydać). Planuję wymienić 300 dolarów. Oznacza to, że zaraz na środku ulicy dostanę do ręki około 300 banknotów do przeliczenia…

Liczę wszystko trzy razy. Kolesie udają zniecierpliwionych, ale ja, stary wyga, znam te ich sztuczki. Nie spieszę się. Pilnuję aby to, co już przeliczyłem, trafiło do mojej kieszeni. Na koniec dostaję gumkę do zwinięcia tej góry forsy i chowam do plecaka. Dopiero w tym momencie wyciągam kasę z saszetki ukrytej pod ubraniem. Trzy banknoty studolarowe w idealnym stanie ? ponoć tylko takie przyjmuję. Ale kolesie coś zaczynają marudzić, że tu brudny, a tu, widzisz? Mikrozgniecenie! Heniek, daj mikroskop! Momentalnie zapala mi się w mózgu czerwona lampka. Ha, szubrawcy! Temu to rozgrywki wasze służą! Chcecie tak mnie zamotać, żebym nie zauważył jak stówkę podmienicie na dziesiątkę, czytałem ja o was. Oddawać kasę, macie tu swoje kyaty. Walnąłbym też pięścią w stół, gdybym go akurat miał pod ręką.

Kolesie od razu spokornieli. Nie, nie stary, wydawało mi się, lucky money, nara! No, poszli sobie. Chyba nieźle mi poszło. Udało mi się nie dać się oszukać w ostatniej chwili i dostałem przyzwoity kurs. Odliczam 30 tysięcy kyatów do portfela, a resztę chowam do zapinanej na zamek kieszeni w spodniach. Czas opuścić to miasto.

Lokalnym autobusem nr 43 jadę na Aung Mingalar Highway Bus Station, skąd podobno odjeżdżają autobusy do Mandalay. Napisałem już o longyi? O betelu? Czas na kolejną osobliwość Birmy. Ludzie się na ciebie patrzą. Wszędzie. Czasem ukradkiem, gdy myślą, że nie widzisz, ale częściej prosto w oczy, bez skrępowania. W większości nie jest to jednak wzrok cwaniaka z Delhi, momentalnie lustrujący ile urobi na tym bezmyślnym turyście (czy starej wydze, w moim przypadku) i który trik wybrać, nr 17 czy 85a/8. Nie. Wzrok Birmańczyka jest ciekawy, życzliwy i pełen melancholii. Odnosi się wrażenie, że w jego spojrzeniu zawarta jest cała prawda o tym kraju.

Stacja autobusowa nie przypomina niczego, co do tej pory widziałem. Nie ma jednego, dużego budynku, w którym zlokalizowane są biura poszczególnych przewoźników. Jest kilka rzędów betonowych pawilonów, przy których stoją autobusy, w większości naprawiane, często przez dzieci. Nigdzie nie ma angielskich napisów. Na litość, byliście cholerną kolonią brytyjską, czy nie? Nie mogę się odnaleźć.

Momentalnie włącza mi się sentyment do dworców autobusowych w Ameryce Południowej, szczególnie tych z Peru i w Boliwii. Pierwsze zetknięcie z chaosem na tych dworcami może być przytłaczający, ale dość szybko spostrzeżemy, że w tym szaleństwie jest metoda. Poszczególne firmy są rozstawione obok siebie pod względem miejsc, do których kursują. Często nie musimy nawet czytać napisów, wystarczy wyłowić w hałasie przekrzykujących się nawzajem sprzedawców nazwę miasta czy wioski do której zmierzamy. Tu dostajemy naklejkę na bagaż, tam płacimy podatek za korzystanie z dworca, tu ktoś właśnie odchodzi z naszym plecakiem…

Normalnie staram się tego nie robić (wiecie, stary wyga), ale tym razem daję się poprowadzić niczym małe dziecko za rękę przez jednego z naganiaczy. Dochodzimy do jednego z pawilonów. Pytam, ile kosztuje autobus do Mandalay. 15 tysięcy. Z mojego wcześniejszego rozeznania wynika, że powinienem zapłacić maksymalnie 10 600 kyatów – tyle napisał mi na kartce jeden z Birmańczyków. Pokazuje im tę kartkę i mówię, że za dużo. Chyba udają, że nie zrozumieli, bo powtarzają, że 15 tysięcy. Ale mówią też coś do naganiacza i ten zabiera mnie do biura w kolejnym rzędzie pawilonów. Daję kartkę i mówię, że do Mandalay. OK. Ile płacę? Tyle co tu jest napisane.

W autobusie w ramach biletu dostaję szczoteczkę do zębów (nieużywaną), co wywołuje moją konsternację. Jestem jedynym białasem na pokładzie, ostatnich turystów widziałem dziś po raz ostatni na lotnisku. Jazda jest całkiem znośna. Nie rzuca, nie ma ostrych zakrętów. Droga z Rangunu do Mandalay prowadzi przez równiny po większości asfaltowanej drodze. I ku mojemu zdumieniu dojeżdżamy na miejsce 10 minut przed czasem. Podróż trwała 12 godzin.

Mandalay również traktuję tranzytowo – zwiedzę je w drodze powrotnej. Na razie przemieszczam się na inny dworzec autobusowy, żeby złapać autobus do wioski Hsipaw na wschód od Mandalay, położonej w prowincji Shan, niedaleko granicy z Chinami. Idzie mi to dosyć sprawnie i przed ósmą jestem ponownie w drodze. Autobus, którym jadę jest dość specyficzny – został on „delikatnie” zmodyfikowany. Siedzenia pasażerów zostały podniesione o metr do góry, dzięki czemu możliwe jest przewożenie większej ilości różnych towarów. Autobus w ten sposób pełni jednocześnie funkcję małego tira. Nie przeszkadza to miejscowym, czemu miałoby przeszkadzać też mi? Tylko dlatego, że jestem od każdego z nich wyższy o głowę i muszę siedzieć schylony, żeby nie walić łbem o dach? Przecież to tylko 10 godzin jazdy.

Autobus dyszy i charczy, ale dzielnie pokonuje kolejne zakręty. Robimy w końcu nie małą różnicę 1000 metrów w górę do Pyin U Lwin –  dawnej brytyjskiej górskiej miejscowości letniskowej, w której panuje odczuwalnie niższa temperatura niż na nizinach. Po około godzinie robimy przerwę. Kierowca nie wyłącza silnika i za pomocą szlaucha chłodzi maszynę.

Gdy dojeżdżamy do Hsipaw, jest już ciemno. We wiosce jest kilka hoteli, ale jako cudzoziemiec, mogę skorzystać tylko z trzech – pozostałe nie mają rządowej licencji. Sprawę ułatwia fakt, że dwa z nich nie mają wolnych miejsc. Idę zatem do polecanego przez Lonely Planet Mr Charles Guest House. Na szczęście mają wolny pokój.

Czysty i zmęczony kładę się, aby odpocząć po kilku dniach i nocach spędzonych w środkach lokomocji. Przeliczam jeszcze raz kasę, żeby oszacować swój dzienny budżet na kolejne dni. Po czym przeliczam jeszcze raz. I jeszcze raz…

Kolesie oskubali mnie na ponad 50 dolców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *