U Wujka w kopalni (nie mylić z kopalnią Wujek).

Górnik srebra z Potosi zarabia średnio 1500 bolivianów na rękę – około 650 zł . Jest to mniej więcej dwukrotność minimalnej pensji w Boliwii, czyli całkiem niezłe pieniądze w kraju, w którym dwudaniowy obiad w restauracji można zjeść za 3-4 zł. Jednak czym okupiony jest ten zarobek, mogliśmy przekonać się na półdniowej wycieczce do jednej z wielu kopalń wydrążanych w górującym nad miastem Cerro Rico.

Przede wszystkim górnik pracuje na własną rękę, odprowadzając jednak podatek do związków zawodowych wynoszący 12-18%. Sam lub z kolegą wydrąża nowy szyb, z własnej kieszeni płacąc za narzędzia, materiały wybuchowe i wszystko inne, co jest mu potrzebna do pracy. Pracuje od poniedziałku do soboty w warunkach skrajnie nieprzyjaznych – w szybach grożących ciągłym zawaleniem, wśród trujących gazów. Podobno każdego roku umiera około 30 górników, większość z nich z powodu przewlekłych chorób płuc.

Nic dziwnego, że co obrotniejsi z nich próbują wyrwać się z kopalni aby pracować jako przewodnicy oprowadzający turystów po swoim dawnym miejscu pracy. Oni wiedzą najlepiej czego im kumplom z kopalni potrzeba, nie wypada bowiem pojawić się tam z pustymi rękami. Częścią każdej wycieczki jest wizyta na lokalnym targu, gdzie kupuje się 95% alkohol, gazowane napoje, liście koki i … dynamit! Laskę dynamitu może kupić każdy legalnie bez żadnych pozwoleń za niecałe 10 zł.

Mamy szczęście do przewodnika. Podczas gdy inne grupy szybko przemykają wśród grup robotników, my przysiadamy aby z nimi porozmawiać i obserwować z niedowierzaniem jak dawkują sobie prawie czysty alkohol. Jest ostatni piątek miesiąca, więc mało który górnik ostaje się trzeźwy pod koniec tego dnia w pracy.

Odwiedzamy też Wujka (Tio), czyli jednego z wielu ulepionych z gliny duchów opiekuńczych danej kopalni. Co ciekawe, ich pojawienie się tutaj nie wiążę się bezpośrednio z dawnymi wierzeniami Indian, którzy jako niewolnicy już ponad 450 lat temu wydrążali tunele w tym miejscu, ale z samymi konkwistadorami, którzy wymyślili sobie, że jak postawią takie straszydła i wmówią niewolnikom, że to demony nadzorujące ich pracę, to tym samym zwiększą ilość wydobywanego srebra. Indianie jednak „oswoili” sobie te pokraki i uznali je za bóstwa opiekuńcze właśnie. Dzisiaj na pamiątkę tamtych czasów stawia się nowych Tio, a u ich stóp składa się często podarunki –  między innymi uschnięte płody lamy, które można kupić na hali targowej.

Ostatnim punktem programu jest detonacja dynamitu, której dokonujemy z naszym przewodnikiem już po wyjściu z kopalni. To się nazywa skończyć z wielkim hukiem!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *