Rytualne Mordy Obicie.

Zaczęło się około drugiej w nocy. Ciszę sennej przez większość roku wioski Macha przerywa dobiegający z oddali odgłos tradycyjnych andyjskich instrumentów. Z każdą minutą coraz głośniejszy.

To odgłos nawołujących do bitwy grajków. Zaraz za nimi na plac wkraczają wojownicy – mężczyźni jak i kobiety. Już niedługo staną do bitwy o względy Pachamamy.

Są w różnych kulturach na świecie tradycje co najmniej osobliwe. Przekłuwanie policzków długimi metalowymi włóczniami na festiwalu wegetariańskim w Phuket w Tajlandii, zrzucanie niemowląt z dachu na rozpostartą płachtę w  Indiach czy właśnie Fiesta de la Cruz –  Święto Krzyża, znana też jako Tinku, w Boliwii.

Tinku w quechua oznacza tyle co „spotkanie”. Nie jest to jednak byle jakie spotkanie – co roku w pierwszej połowie maja do kilku większych wiosek w okolicach Potosi schodzą się okoliczne społeczności. Jedno z najważniejszych Tinku odbywa się w Macha, do którego takich społeczności przybywa ponad 30, każda licząca po kilkaset osób. Niektóre z nich mają do przebycia nawet kilkudniową wędrówkę.

Po wkroczeniu do wioski zaczyna się właściwa fiesta – tradycyjne tańce, którym towarzyszy spożywanie dużej ilości alkoholu, głównie sfermentowanego piwa z kukurydzy czyli chichy. Zgodnie z tradycją przed wychyleniem trunku należy wylać niedużą część na ziemię jako okazanie szacunku dla Matki Ziemii. Ochlapuje się też wieżę kościoła, która, nie wiedzieć czemu, symbolizować ma męskie przyrodzenie.

Większość uczestników ubrana jest w tradycyjne stroje, a niektórzy noszą hełmy stylizowane na metalowe nakrycie głowy konkwistadorów. Każda grupa niesie ponadto jeden ozdobiony krzyż, na szczycie którego również znajduje się hełm pierwszych białych przybyszów. Nie wiemy do końca jak to zinterpretować.

Tańce, alkohol i przebrania to jednak tylko preludium do właściwego sensu święta czyli brutalnej walki pomiędzy członkami poszczególnych społeczności, a nawet całymi grupami! Przypomina to trochę ustawki pseudokibiców piłki nożnej, ale ma dużo bardziej głęboki wymiar kulturowy i religijny dla samych uczestników.

 

Tinku stanowi fenomen na skalę światową i jest obiektem zainteresowania wielu antropologów kultury. Niektóre z jego aspektów są tajemnicą lub znajdują się jedynie w sferze domysłów, uważa się jednak, że jednym z głównych aspektów święta jest rozładowanie napięcia pomiędzy poszczególnymi społecznościami, żyjącymi przez większość roku we względnej zgodzie. Ponadto przelana na Tinku krew ma służyć jako ofiara dla Pachamamy, natomiast zwycięskie w potyczkach społeczności mają cieszyć się obfitymi plonami i innymi dobrodziejstwami przez kolejny rok.

Które społeczności wygrywają ciężko jednak do końca stwierdzić, brakuje bowiem sędziego. Może te, które najdłużej utrzymają dany teren pod wieżą kościelną? Wszak tam z reguły jest największa rozróba.

Od paru lat na Tinku pojawiają się turyści, nie można jednak na razie mówić o tłumach. Kilka agencji z Potosi organizuje wyjazdy, których koszt obejmuje transport, zakwaterowanie, wyżywienie oraz stałą opiekę przewodnika, który tłumaczy poszczególne elementy święta i pilnuje aby jego gringos nie doznali uszczerbku na zdrowiu. O aparaty muszą jednak już troszczyć się sami – wykupienie akredytacji z której dochód ma zostać przeznaczony na budowę szpitala, podobno ma pozwolić na nieograniczoną możliwość robienia zdjęć.

Turyści wciąż są dodatkiem na Fiesta del Cruz – to jedno z nielicznych tego typu wydarzeń w Ameryce Południowej, które jeszcze się nie skomercjalizowało. Lokalni ludzie nie przychodzą tu bowiem, aby zarobić na bilecie wstępu opłaconym przez gringo, ale aby się porządnie napić się i spuścić manto sąsiadowi!

Czy my też pojechaliśmy z agencją? Na szczęście nie, chociaż też się sfrajerowaliśmy. Zadowoleni z usługi naszego przewodnika po kopalni w Potosi, zapytaliśmy go czy nie chciałby pojechać z nami na Tinku. Zgodził się, sformowaliśmy sześcioosobową grupę (w której skład wchodzili też Łukasz i Asia :)) i za jedną trzecią ceny jaką zapłacilibyśmy agencji, pojechaliśmy z przewodnikiem Danielem. Okazał się to jeden z największych błędów w naszej podróży – szybko okazało się, że Daniel jest zwykłym naciągaczem. Pomimo ustalenia wcześniejszej kwoty, w której zawierać się miały wszystkie koszta, wymyślił, że nocleg kosztuje więcej niż zakładał i mamy teraz dopłacić, czemu stanowczo odmówiliśmy. Jako przewodnik nie zrobił prawie nic, czego nie moglibyśmy zrobić sami (np. kupienie biletów na autobus). Przez prawie cały nasz pobyt w Macha prawie go nie widzieliśmy, bo albo gdzieś pił albo podrywał lokalne dziewczyny. Nie okazał się zresztą nam potrzebny, ponieważ szybko zauważyliśmy, że przy zachowaniu zdrowego rozsądku (i podstawowej znajomości hiszpańskiego) można obserwować Tinku samodzielnie. Jak to wygląda w praktyce?

W praktyce jest chaos. Centrum wydarzeń jest główny plac we wsi, dookoła którego biegają docierające w coraz większych ilościach społeczności. Biegają, zatrzymują się na jednym z czterech rogów, tańczą, tupią. Czasem nie zdążą odbiec, zanim nadciągnie kolejna grupa. Wtedy scenariuszy jest kilka: albo jakoś się wyminą (mało prawdopodobne), albo utworzą krąg, w którym do walki staną przedstawiciele ekip, albo też wszyscy rzucą się sobie do gardeł. Wtedy wspomniany wyżej zdrowy rozsądek podpowiada, że nie jest to najlepsze miejsce aby znaleźć się z aparatem w ręku (reporterzy wojenni będą niemniej zachwyceni). Dobre miejscówki to natomiast wieża kościoła, płot albo balkon urzędu gminy.

Walka pomiędzy dwoma zawodnikami jest często bardzo brutalna i przypomina trochę tajski boks. Przeciwnicy okładają się wyprostowanymi w łokciach rękami, do tego dochodzą kolana. Rzadko kiedy używane są rękawice, czy jakiekolwiek inne ochraniacze. Walka trwa z reguły do pierwszej krwi, ale częściej do momentu, aż rozwścieczeni zapaśnicy zostaną rozdzieleni. Czasami, ale bardzo rzadko, zdarza się, że po skończonym pojedynku, uśmiechną się i podadzą sobie dłonie. Biją się też kobiety, często ciągnąc się nawzajem za włosy.

Nad całością imprezy próbuje jakoś zapanować około dwudziestu policjantów. Często to właśnie oni rozdzielają pojedynczych wojowników. Gdy dochodzi do większych starć, często używają gazu łzawiącego i wtedy wszyscy uciekają w popłochu.

Nie są jednak oni w stanie utrzymać w ryzach kilku tysięcy pijanych campesinos. Pole działania policji ogranicza się do części głównego placu, podczas gdy regularne starcia prowadzone są też w bocznych uliczkach wioski.

Popołudniu pierwszego dnia większość uczestników jest już mocno pijana, ale do Macha wciąż nie zeszły się jeszcze wszystkie społeczności! Wiele osób leży nieprzytomna na środku ulicy, często w kałużach krwi. Atmosfera robi się gęsta. Chodząc po wiosce coraz częściej jesteśmy zaczepiani, prowokowani aby samemu stanąć do walki. Jeden na jednego? Czemu nie, ale jaką ma się pewność, że nagle nie zostanie się zaatakowanym przez trzydziestu pijanych wieśniaków, którzy postanowią zemścić się za zbrodnie konkwistadorów?

Podobno w poprzednich latach pod koniec pierwszego dnia święta zaczęło dochodzić do obrzucania się nawzajem kamieniami. Postanawiamy nie sprawdzać czy w tym roku będzie łagodniej i wsiadamy w popołudniowy autobus do Potosi. I tak widzieliśmy już dość.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *