Japoński kolekcjoner pocztówek.

Z Potosi udaliśmy się w kierunku Sucre – podobno najładniejszego miasta Boliwii. Ponieważ dotarliśmy do niego o zmroku, rzekome piękno postanowiliśmy zweryfikować dopiero dnia następnego i zajęliśmy się poszukiwaniem schronienia na noc. Z towarzyszącymi nam dalej Asią i Łukaszem ruszyliśmy raźnym krokiem w kierunku centrum, by po około 15 minutach znaleźć pierwszy hostel. Cena przystępna, zrzucamy plecaki w bramie i idziemy w trójkę obczaić pokoje, podczas gdy Łukasz zostaje przypilnować majątku ruchomego. Pokoje obczajone, zaczynamy schodzić, widzimy, że Łukasz kończy z kimś rozmawiać. Jakiś naganiacz zostawił mu wizytówkę innego hotelu i zaczął odchodzić, Łukasz zdążył mu jeszcze krzyknąć ile chcą za pokój i zrobić krok w jego kierunku, ale zobaczył nas schodzących, więc odpuścił. Mijają może 3 sekundy, wychodzi recepcjonista i pyta czy to był nasz plecak. Jaki plecak?! I nagle Łukasz orientuje się, że brakuje ich małego plecaka. Wybiegamy na ulicę, ale złodzieje już się ulotnili!

Cała akcja może trwała 10 sekund. Załatwili ich podobnie jak nas na łodzi w Peru – jeden ze złodziei odwrócił uwagę, podczas gdy drugi chwycił za to co było pod ręką i szybko się ulotnił. Trzeba im przyznać, że są nieźli.

Na szczęście Łukasz i Asia już niejedną „wodę z pod prysznica wypili” i nie noszą żadnych dokumentów, pieniędzy i wartościowych przedmiotów w małym, podręcznym plecaczku, który najczęściej pada łupem złodziei. Niestety, nie odzyskają jednak już zimowej czapki, kupionego dwa dni wcześniej chleba i kilograma pomidorów. Złodziejom życzymy smacznego!

Sucre rzeczywiście jest bardzo ładne i zadbane. Podobnie jak w Arequipie w Peru, budynki w centrum w większości są białe. Spędzamy tu jeden miły dzień spacerując po kolonialnych uliczkach, zaglądając do wegetariańskiego baru, na darmowy festiwal filmów latynoamerykańskich i odwiedzając muzeum tkactwa, z którego słynie region Sucre i okolice.

Nocnym autobusem docieramy do La Paz. Stolicę planujemy potraktować na razie tylko tranzytowo – z terminala zmierzamy od razu na Villa Fatima, skąd odjeżdżają autobusy m.in. do Rurrenabaque. Doszły do nas już słuchy o trwających od tygodnia blokadach w Caranavi, mniej więcej w 1/3 drogi do Rurre, więc nie byliśmy pewni czy wyjedziemy, ale ku naszej radości bilety zostały nam sprzedane. Podobno blokada ma zostać dziś przerwana. Zostawiamy plecaki na przechowanie i idziemy kupić jedzenie – przed nami 18 godzin w autobusie.

Gdy jednak stawiamy się na 15 minut przed odjazdem okazuje się, że blokady jednak nie znieśli i dziś nie wyjedziemy. No cóż, przynajmniej nie ma problemu z odzyskaniem kasy za bilety.

Jedną z umiejętności jakie człowiek w podróży wcześniej lub później nabywa jest elastyczność. Bez niej ciężko podróżować po Boliwii – kraju, który słynie ze swoich blokad drogowych tak jak, powiedzmy, Niemcy ze swoich autostrad. Politycy z Samoobrony byliby wniebowzięci.

Tak więc szybka zmiana planów – zamiast czekać nie wiadomo ile w La Paz, decydujemy się wyruszyć na pobliski 3-4 dniowy trekking znany jako „El Choro”, mimo, że pierwotnie wykreśliliśmy go z planów, jako, że wydawał nam się mocno komercyjny. Tylko najpierw musimy wygrzebać nasze plecaki z zaplecza, gdzie zostały przygniecione kilkoma tonami worków z koką.

El Choro to bardzo nietypowy trekking ze względu na ogromną różnicą wysokości jaką robi się w stosunkowo krótkim czasie. Pierwszego dnia bowiem osiąga się  przełęcz Chucura, znajdującą się na wysokości 4859 m i kończy się trzeciego dnia w wiosce Chairo na wysokości 1600 m. Przed nami więc ponad 3200 km do zejścia – po 1000 km na każdy dzień!

Miejsce rozpoczęcia trasy – El Cumbre – jest bardzo łatwo dostępne z La Paz. Dojeżdżamy do niego w niecałą godzinę od momentu wyjechania z miasta. Kontrast jest niesamowity – w ciągu godziny wyjechaliśmy z ponad milionowej metropolii w prawie bezludne góry!

El Cumbre stanowi początek jeszcze jednej słynnej trasy – Drogi Śmierci, która na szczęście już od paru lat nie jest używana przez samochody, bowiem do użytku oddana została nowa, dużo bezpieczniejsza droga. Podobno na starej drodze w przepaść spadało średnio 26 samochodów rocznie! Dzisiaj korzystają z niej tylko żądni albo adrenaliny albo koszulki z napisem „przeżyłem przejazd Najniebezpieczniejszą Drogą Na Świecie” (czasami obu) turyści. My też byśmy chętnie skorzystali, ale jak za jednodniową wycieczkę rowerową to ceny są zaporowe.

Przejście El Choro nie będzie jednak pozbawione emocji. Lonely Planet bowiem mówi, że na szlaku tym podobno zdarzają się napady rabunkowe na turystów. Jak głosi PKP, „złodziejem może być każdy – niewinna staruszka, małe dziecko”, wracający z Tinku od tygodnia skacowany campesino. Łukasz i Asia pójdą przodem. Niech bandyci wiedzą, że mamy pokojowe zamiary.

Zaczynamy wędrówkę. Po 3 minutach dochodzimy do statuy Chrystusa i zrzucamy plecaki. Czas na przerwę, Łukasz musi coś zjeść 🙂 Podchodzi do nas miła starsza pani. Pyta skąd jesteśmy, robi sobie z nami zdjęcie i na odchodnym częstuje kanapkami. Czy to aby nie podpucha? Czy zaraz nie stracimy przytomności i obudzimy się skrępowani w piwnicy w La Paz z nożem przy gardle i pytaniem „PIN do karty, Gringo?” Czy to nie było niemądre z naszej strony tak dać się nakarmić?

Nie. Ale warto trochę sztucznie podkręcić atmosferę 😉

Ostatnie poprawki i teraz to już wyruszamy na poważnie. Okazuje się, że zapomniałem kompasu, za to przez przypadek wziąłem prawie kilogramową książkę, którą w dodatku już przeczytałem. Będzie nam musiał wystarczyć opis trasy.

Widoki z przełęczy są powalające. Cały świat u naszych stóp okryty został gęstą warstwą chmur. Żeby sytuacja była jeszcze bardziej nierealna, ktoś na przełęcz przytachał i zostawił drewniane biurko.

Ponieważ trek zaczęliśmy po południu, nie zostało już nam dużo czasu do zmroku. Około godzinę od zejścia z przełęczy dochodzimy do inkaskich ruin. Była to niegdyś przydrożna gospoda dla gońców i podróżników przemierzających inkaskie imperium. Dziś jej mury dadzą schronienie jeszcze jednym włóczęgom.

Kolejny dzień nie oferuje już tak wspaniałych widoków jak poprzedni, niemniej jest bardzo przyjemnie. Mijamy różne wioski, do których w większości została dociągnięta elektryczność, ale wielu ludzi wciąż żyje tradycyjnie, żywiąc się głównie tym co wyprodukują.

Krajobraz z dnia trzeciego zupełnie nie przypomina tego z dnia pierwszego. Skały i suche trawy ustąpiły miejsca bujnej zieleni. Często mijamy różnokolorowe kwiaty, czasem gdzieś śmignie koliber. Jest przyjemnie ciepło. Ścieżka wiedzie czasem tuż przy rzece, którą przekraczamy po podwieszanych mostach a czasem wysoko, wrzynając się w zbocza gór. Gdzieniegdzie ostały się fragmenty inkaskiej drogi.

W końcu dochodzimy do miejsca ostatniego noclegu – Casa Sandillani. Miejsce to zostało jako pierwsze zagospodarowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku przez japońskiego emigranta, pana Tamiji Hanamura. Własnoręcznie wykarczował oraz wyrównał on spory kawałek zbocza, na którym następnie posadził ogród.

Pan Hanamura ma obecnie więcej niż 70 lat i ciężka praca przyczyniła się do trwałego skrzywienia kręgosłupa. Nie stracił jednak bystrości umysłu i słysząc naszą mowę zapytał czy jesteśmy z Czech. Gdy wyjaśniliśmy, że nie z Czech tylko z Polski, zniknął na pół minuty w domu po czym wyszedł z garścią polskich pocztówek! Były tam kartki nie tylko z Warszawy czy z Krakowa, ale z Gdyni, Bydgoszczy a nawet Wejherowa! Nie wiemy czy otrzymał je od tylko jednego Polaka czy już tylu rodaków było tu przed nami, ale jesteśmy dumni, że tyle polskich pocztówek zasila kolekcję ponad 2000 kartek pana Tamijiego.

Porozmawialiśmy trochę jeszcze z gospodarzem, zaznaczyliśmy mu w atlasie 2 poprzednie stolice Polski, podziękowaliśmy za gościnę i przeszliśmy ostatnie półtorej godziny do wioski Chairo, skąd przez Coroico wróciliśmy do La Paz.

Podsumowując: trekking okazał się zaskakująco przyjemny. Dużym zaskoczeniem było dla nas, że nie spotkaliśmy na trasie żadnych innych turystów. Z księgi gości wywnioskowaliśmy, że dzień przed nami wyruszyło kilka osób i potem średnio co 2 dni nieduża grupa, większość z agencjami albo z przewodnikami wynajmowanymi z obawy przed rabunkiem. Miejscowi ludzie i strażnicy parkowi rzeczywiście wspominali o zdarzających się napadach, ale podobno dochodziło do nich w większości w okolicach przełęczy. Podobno bandyci obserwowali w La Paz rejon z którego odjeżdżają busiki do Coroico i widząc samotnych turystów z plecakami zmierzających na El Choro, podążali za niczego nie spodziewającymi się ofiarami.

Niezależnie czy wyruszasz na El Choro samodzielnie czy z agencją, pamiętaj o zabraniu ze sobą kartki dla japońskiego kolekcjonera pocztówek.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *