Inti Wara Yassi.

Właściwie nie wiem, jak to się stało. Nie umiem powrócić do momentu, w którym Marcin zrezygnował ze swoich zaplanowanych trekkingów po ukochanych miłością bezwarunkową Andach na rzecz kolejnego wolontariatu. Cóż, niezręcznie mi to przyznać, ale najwyraźniej doskonale wywiązuje się z mojego obowiązku żony, by udoskonalać i doprowadzać swojego męża do świętości 😉

Tym razem postanowiliśmy pomóc w rehabilitacji dzikich zwierząt w rezerwacie Inti Wara Yassi.  Powodem, dla którego te dżunglowe istotki trafiają do parku, są głównie nadużycia i okaleczenia dokonane przez człowieka. Wiele jest zwierząt przechwyconych z czarnego rynku, cyrków, czy nawet zwykłych domów. Celem rehabilitacji jest doprowadzenie zwierząt do takiego stanu, aby mogły być wypuszczone na wolność, choć niestety zazwyczaj jest na to już za późno.

W całej Boliwii są trzy oddziały organizacji Inti Wara Yassi. My ostatecznie decydujemy się wybrać ten najbardziej oddalony od La Paz – Park Ambue Ari, w którym właśnie pilnie poszukiwani są wolontariusze. No to wsiadamy w autobus, przemierzamy nim 24 godziny i 1 czerwca rozpoczynamy dwutygodniowy wolontariat!

Pierwsze odczucie jakie mieliśmy po przyjechaniu do parku to takie, że jakoś tu znajomo. Brak prądu, latryny, zimna woda, grupa młodych, radosnych ludzi – wypisz wymaluj obóz harcerski!

W trakcie  rozmów zapoznawczych toczonych w języku angielskim (większość wolontariuszy to osoby z Stanów Zjednoczonych, Australii albo Anglii) dowiadujemy się o możliwościach przydziału do pracy w parku: małpi park, kwarantanna, zwierzęta „domowe” (ptaki, tapir, jelonki) lub dzikie koty. Marcin bardzo liczył na to, że może uda mu się pracować z pumą lub jaguarem. Niestety, na tego typu wolontariat należy poświęcić co najmniej miesiąc, a tyle czasu już nie mamy – będziemy musieli zadowolić się jednodniowym spacerem z pumami.

Ostatecznie zostajemy przydzieleni do kwarantanny – miejsca, w którym przejściowo mieszkają różnorodne, nowoprzybyłe do parku zwierzęta. Moim zdaniem to najciekawsze miejsce dla wolontariusza, mimo że najbardziej pracochłonne.

Do naszych podstawowych, codziennych obowiązków należy trzykrotne sprzątanie klatek, pranie koców na których śpią zwierzęta,  przygotowywanie posiłków, karmienie naszych milusińskich, zabieranie ich na spacery i wybiegi (także po zmroku w przypadku nocnych małpek), podczas których trzymani są na długich smyczach zakończonych karabinkami wpiętymi do kilkunastometrowych lin rozpiętych pomiędzy drzewami – dzięki temu mają oni całkiem dużą swobodę. Naturalną konsekwencją i dodatkowym obowiązkiem płynącym z powyższego jest wspinanie się na drzewa, skakanie po gałęziach i odplątywanie małp, które w swojej frustracji wydają prześmieszne dźwięki.

Za zleceniem weterynarza podajemy także lekarstwa, wyjmujemy kleszcze, dostarczamy podstawową opiekę medyczną.

Ważnym elementem jest także stawianie wyzwań małpom, które są bardzo mądrymi istotami – w tym celu konstruujemy różne drewniane skrytki, w których chowane jest potem jedzenie.

Mamy z Marcinem duże szczęście, ponieważ do naszych obowiązków dochodzi także opieka nad Mariano – kotkiem, który rozmiarem przypomina domowego, lecz sierścią jaguara.

Pozwólcie, że w końcu przedstawię Wam wszystkich naszych ślicznych podopiecznych:

Mamut (kapucynka) – przywódca wszystkich małp w kwarantannie. Aby uszanować jego miejsce w stadzie, zawsze daje się mu być pierwszym np. jako pierwszy otrzymuje jedzenie. Mamut jest bardzo inteligentny – wie, że warto przeszukiwać kieszenie wolontariuszy, bo można znaleźć tam ciekawe rzeczy takie jak np. iPod albo papierosy. Ale przyjaźń  mamucia nie polega tylko na braniu – Mamut potrafi też dawać, np. chętnie karmi swoich ludzkich przyjaciół, obślinionym przez siebie orzeszkiem. Lubi też ofiarować swoje usługi pucybuta – często chwytał szczotkę używaną do czyszczenia klatki, zamaczał w wodzie i czyścił nią potem moje buty.

Mema (kapucynka) – najbardziej niezależna ze wszystkich kapucynek. Raczej nie szuka kontaktu z ludźmi, co zdecydowanie wzmaga jej szanse na zostanie uwolnioną. Jest naprawdę inteligenta, nigdy nie zdarza jej się zaplątać w trakcie szaleństw na małpim placu zabaw.

Omar (kapucynka) – najmniejszy z wszystkich kapucynek, jeszcze niezbyt mądry. Właściwie to głównie on jest tym, który popiskuje z nadzieją, że jakiś heroiczny wolontariusz wdrapie się na drzewo i go uwolni. Zachowuje się jak ludzkie dziecko – uwielbia tulić się i być głaskanym.

Lucas (sajmiri) – właściwie nie wiadomo jak go traktować. Przed naszym przyjazdem był trzymany w klatce z kapucynkami, jednak ze względu na to, że jest  bardzo mały i zwinny, praktycznie niemożliwym jest, aby powstrzymać go od ucieczki. Sam wraca do klatki Mamuta na noc, aby poprzytulać się do swojego najlepszego kumpla i przy okazji nie zmarznąć za bardzo. Lucas jest najbardziej wyspecjalizowanym złodziejem jedzenia w całej kwarantannie – jako że jest mały, potrafi prześlizgnąć się do każdej klatki i bez skrupułów poczęstować się przydziałami innych. Nie boi się też napadać na wolontariuszy, którzy niosą jedzenie do kwarantanny. Lucas jest najwyraźniej bardzo spragniony bliskości, niekoniecznie psychicznej, próbuje zbliżyć się nawet do Shmeldy, a jego dotychczasową narzeczoną jest żaba-maskotka.

Shmelda (dzika świnia) – najbardziej urocza świnka jaką znam, która właściwie zachowuje się jak pies. Wiernie trzyma się nogi podczas spaceru, lubi być głaskana i poklepywana. Jako, że jest mała, niekiedy zdarza jej się podssysać ludzki łokieć lub brzuch w poszukiwaniu mleka. I wbrew temu co sugeruje imię, świnia ta to mężczyzna, jak się ostatecznie okazało przy drugich oględzinach płci. Uwielbia być zakopywany w piasku.

Teangi  (ostronos) – zwykle najbardziej rozczulający wszystkich zwierzak, zdecydowany faworyt Marcina. Nie ma smyczy, ani obroży, dlatego kiedy kręci się po obozie wyłudzając swoim osobistym urokiem jedzenie od ludzi, trzeba go złapać za ogon i przetransportować do jego klatki. Oddając się grawitacji, prześmiesznie podkula wówczas swoje nóżki.  O poranku poszukuje ciepłego schronu, często wybierając w tym celu wdrapywanie się pod moją koszulkę. Teangi uwielbia masaż stóp i drapanie – Marcin wielokrotnie miał szansę się o tym przekonać.

Żółwie lądowe  – sztuk 3, przed naszym przyjazdem było ich 9, ale zostały uwolnione. W połowie naszej wolontariackiej pracy, rodzina żółwi powiększyła się o jednego członka – jeden z uwolnionych żółwi wrócił. Najwyraźniej wiedział, gdzie może liczyć na kurację swojego poszkodowanego oka.

Papugi Ary: Mr Brain  (Pan Mózg) i Gordo (Gruby) – Pan Mózg zyskał swoje szlachetne imię po ataku ze strony jednego ze zwierząt, które rozcięło jego głowę do takiego stopnia, że mózg papugi był widoczny. Gruby z kolei to najbardziej rozgadana papuga jaką znam – bez przerwy próbuje zagadywać ludzi, krzycząc do nich: „Hola!?, śmiejąc się ludzkim głosem, prawiąc sobie samemu komplementy: „Lorito rey!” (papużka król), rozkładając w tym samym czasie swoje kolorowe skrzydła. W przypływie ludzkich odruchów serca, kiedy podaje mu się jedzenie, czasem odpowiada „Gracias!”

Tuki Tuki (tukan) – uroczy tukan, z baaardzo ostrym dziobem. Na szczęście, kiedy wchodzi się do jego klatki, chowa się w jej rogach stroniąc od ludzi.

Rurri (ponocnica) – w dzień jest zdecydowanie mniej aktywny, dlatego po kolacji, już po zmroku zabieramy go na nocny spacer. Bardzo nie lubi wracać do swojej klatki, dlatego też gryzie wolontariuszy w szyje z nadzieją, że coś to zmieni. Ten typ małp zawsze żyje w stadzie, prawdopodobnie poprzez swoją samotność Rurri wygląda na smutną małpkę. Kiedy do jego klatki zostało zainstalowane lusterko, zaczął je przytulać.

Tika (ponocnica) – przeurocza małpka, która przyjechała do parku tydzień przed nami. To także moje wyzwanie – będziemy próbować oswoić ją do mnie, tak aby móc założyć jej obroże i zacząć wyprowadzać na spacery, a docelowo połączyć ją z Rurrim. Dźwięki Tiki, jej para brązowych oczu patrzących na mnie spod kosmatej twarzyczki to bardzo szczególne wspomnienia.

Mariano (kot tygrysi) – choć wygląda jak domowy, to jednak jest zdecydowanie bardziej agresywny i nastawiony na przetrwanie. Marian rano, kiedy ja z nim spędzam czas, jest zupełnie innym kotem, niż kiedy przebywa z Marcinem po południu. O poranku, kiedy jest głodny ma wzmożoną aktywność – wspina się na drzewa, atakuje swój niebieski sznurek, poluje na węże i jaszczurki oraz moją rękę, zakrada się, turla. Popołudniu zachowuje się jak mały kotek, zbyt szybko odstawiony od mamy – ssie Marcinową koszulę, podsypia na słoneczku, przeciąga się. Jest karmiony raz dziennie. Uwielbia głowę kurczaka, ewentualnie łapkę. Nerką lub żołądkiem też nie pogardzi…

Faustina (wyjec rudy) – jest małpim niemowlakiem, którym trzeba zajmować się cały dzień, nosząc ją w chuście, pozwalając jej stawiać pierwsze kroki i skoki na drzewo, karmiąc ją z butelki. W związku z powyższym jeden wolontariusz zajmuje się tylko Faustiną przez cały dzień.  Małpka ta w przyszłości ma dołączyć do wyjców czerwonych, które przebywają w małpim parku, z nadzieją na uwolnienie w przyszłości.

Oprócz powyższych naszych podopiecznych w okolicy parku można zaobserwować wiele dzikich, wolnych zwierząt. I tak, na przykład, nocne schadzki w okolice latryny urządza sobie pancernik, liczne paki szarżują przy kompoście, tukany, dzięcioły i inne ptaki zerkają na nas z ciekawością z koron drzew i nawet węże od czasu do czasu pełzają po obozowisku, dumnie prezentując swoje unikatowe kolory.

Generalnie każdy dzień toczy się swoją rutyną: sprzątanie klatek, karmienie, sprzątanie klatek, spacery i małpi plac zabaw, karmienie, sprzątnie klatek, pranie koców, spacer z Mariano, konstrukcje, sprzątanie klatek, karmienie, nocne spacery… Ostatnie dni naszego wolontariatu jednak zdecydowanie odbiegają od rutyny.  Trochę jest to związane z tym, że przyuczamy nowe osoby do pracy w kwarantannie, trochę z tym, że zabieramy na spacer pumy, i trochę z tym co nieprzewidywalne, czyli z agresywnym atakiem Tali na mnie.

Talia to małpa, która przebywa w małpim parku. Wszystko wskazuje na to, że w czasach swojego dzieciństwa była prześladowana przez kobietę, bowiem  teraz, kiedy rozpoznaje w swoim otoczeniu obecność płci pięknej, w całym swoim szaleństwie i agresji rzuca się  i gryzie dotkliwie. A trzeba wspomnieć, że jest to największy wyjec czerwony w całym parku. Dla mężczyzn Talia jest miłą, spokojną i uroczą małpą.

Niestety, przypadkowo stałam się ofiarą jej nieposkromionej złości –  Talia, bez wiedzy wolontariuszy, wybrała się na krajoznawczy spacer po dżungli do miejsca, w którym znajduje się klatka Mariano. Kiedy tylko Talia zorientowała się, że jestem kobietą, a ja, że Talia jest Talią (wszyscy znają tylko jej imię, poza wolontariuszami z małpiego parku nikt nie wie, jak ona wygląda) wiedziałam, że zwierzę to nie pędzi do mnie z prędkością światła po to, żeby się do mnie poprzytulać. Moje szczęście polegało na tym, że akurat uczyłam nowego wolontariusza płci męskiej opieki nad Marianem, więc udało mu się odciągnąć Talię i zanurzone jej zęby z mojej łydki. Zwierzę to jednak było w takim ferworze negatywnych emocji, że nie chciało dać za wygraną. Zęby, które przed chwilą tkwiły w mojej łydce teraz znalazły moją rękę. Nie byłam wstanie jej odepchnąć czy jakkolwiek oddalić od siebie i wolę się nie zastanawiać jak to spotkanie mogło się skończyć, gdyby ostatecznie drugi wolontariusz nie użył sporej siły, by odseparować Talię ode mnie. Niezła małpa z tej małpy!

Na szczęście pumy, poza swoim groźnym  miauczeniem i nieprzystępnym wyglądem, nie zostawiają nam posiniaczonych odcisków swoich kłów na pamiątkę. I oboje musimy to przyznać, że spacer z tak olbrzymim kotem to jest coś absolutnie wyjątkowego. Ja wybrałam się z trzema innymi wolontariuszkami na spacer z siostrami – pumami Inti, Wara i Yassi. Co prawda nie dane mi było prowadzić żadnej z nich na smyczy, ale za to mogłam je głaskać, przytulać, a nawet razem z nimi popływać!

Marcin z kolei wybrał się na a spacer z Carlosem – bardzo grzeczną pumą, która jedynie czasem skacze na plecy wolontariuszy, którzy nieopatrzenie usiedli do niego tyłem. Carlos ma dwie ścieżki – jedną suchą i jedną podmokłą, na której trzeba brodzić w wodzie nawet po pas. Tak jak siostry jest bardzo żądny pieszczot.

Niestety, wszystkie koty, które obecnie są w parku nigdy nie zostaną wypuszczone na wolność, ponieważ są zbyt przyzwyczajone do ludzi. Wiele z nich w przeszłości było maskotkami domowymi, ale gdy urosły do swoich właściwych rozmiarów, przerażeni właściciele się ich pozbyli. Tak więc pobyt w Ambue Ari, gdzie przez kilka godzin dziennie mogą wyhasać się po dżungli pod opieką wolontariuszy to dla nich jedyna alternatywa od spędzenia całego życia w klatce w zoo albo pewnej śmierci z rąk kłusowników na wolności.

Przed przyjazdem na wolontariat mieliśmy rozterkę czy tak naprawdę nie pojedziemy tam z głównie hedonistycznych pobudek – w końcu to jedyna możliwość tak bliskiego kontaktu z tyloma niesamowitymi zwierzakami. Zastanawialiśmy się też, czy jeżeli chcemy już pomóc, to czy nie powinniśmy poświęcić tego czasu ludziom zamiast zwierzętom np. pomagając dzieciom ulicy w La Paz.

Będąc jednak już na miejscu uświadomiliśmy sobie coś ważnego – że te zwierzęta zostały w większości skrzywdzone przez nas własny ludzki gatunek i jeśli my się teraz nimi nie zaopiekujemy – zginą. Byłą to dla nas kolejna nauka wzięcia odpowiedzialności za własne –  ludzkie – złe uczynki, nawet jeśli to nie my konkretnie je popełniliśmy.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *