In the jungle, the mighty jungle, the jaguar sleeps tonight…

Pomysł zrodził się na długo przed naszym przyjazdem do Boliwii i, jak to bywa z dobrymi pomysłami, przypadkiem. Było tak: we wrześniu zeszłego roku na trekkingu w Cordiliera Huayhuash w Peru skumplowałem się z Irlandyczkiem Ronanem. Zaczęliśmy wymieniać się różnymi historiami i poradami podróżniczymi typu gdzie warto pojechać, itp. Okazało się, że Ronan zrobił w Boliwii fajny wypad do dżungli, w trakcie którego szedł przez kilka dni z toną ryżu na plecach, budował tratwę, którą spływał przez ponad tydzień i potem wracał przez kolejne kilka dni piechotą. Czyli bardzo podobny do naszego 2,5 tygodniowego wypadu z Jorgem, z tą różnicą, że wśród wielu zwierząt, które Ronan widział po drodze, były cztery  jaguary!!! Od momentu gdy powiedział mi o tym i o innych historiach, które przydarzyły mu się wtedy w dżungli, wiedziałem, gdzie znowu będę chciał wyciągnąć moją żonę!

Ponad 7 miesięcy później marzenie zaczyna stawać się realne. Jesteśmy w Rurrenabaque, zwanym w skrócie Rurre. Miasteczko kręci się wokół turystyki – ponad 30 agencji, pewnie z dwa razy tyle hosteli, mnóstwo drogich restauracji. Porażka.

Większość gringos przyjeżdża tutaj, aby zrobić 3-dniową wycieczkę na pampas, która bardzo przypomina Los Llanos w Wenezueli, ale jest prawie 2 razy tańsza. Trochę więc plujemy sobie w brodę, że przepłaciliśmy, ale tylko trochę – nie wiemy czy i tutaj dopisałoby nam tak bardzo szczęście, jak na Los Llanos, gdzie zobaczyliśmy m.in. pancernika, mrówkojada czy dwie anakondy.

Drugie z kolei jeśli chodzi o popularność są 3-4 dniowe wypady do dżungli w Parku Narodowym Madidi. Większość tego typu wycieczek odbywa się w rejonie między rzekami Tuichi i Honda, przez co najbardziej prawdopodobnym zwierzęciem do zaobserwowania jest homo sapiens.

Obie powyższe wycieczki wybiera ponad połowa turystów. Dla bardziej spragnionych przygody i kontaktu z naturą, wiele biur oferuje dłuższe wypady do dżungli. Jednak rejon, który my zamierzamy odwiedzić, jest stosunkowo mało znany.

Jesteśmy mocno ograniczeni kasą, ale na szczęście udaje nam się dogadać z przewodnikami – dwoma strażnikami parkowymi, którzy w ten sposób dorabiają sobie do pensji. Ruszamy na 9 dni, nie licząc 2 dni na dojazd i powrót z Rurre.

Pomimo wahania do ostatniej chwili, Asia i Łukasz decydują się do nas dołączyć. Jesteśmy bardzo zadowoleni, bowiem bardzo ich polubiliśmy i wypad będzie przez ich towarzystwo tylko przyjemniejszy.

Minusem natomiast są dodatkowi, nieplanowani współtowarzysze – cztery dziewczyny: dwie z Francji i dwie z Izraela, które podsłuchały, gdy ustalaliśmy szczegóły trasy w biurze i stwierdziły, że chcą zrobić to samo. Jadą wiec z nami w tym samym czasie, w to samo miejsce, ale z osobnymi przewodnikami. Podobno gdzieś po drodze mamy się rozdzielić.

Pierwszy dzień wyprawy. Kupujemy jedzenie i wyruszamy – Karina i ja na quadzie z jednym z guardaparques, a Asia i Łukasz samochodem terenowym z drugim przewodnikiem i dziewczynami. Podróż do miejsca, w którym kończy się droga, zajmuje nam resztę dnia. Pod wieczór zaczynam się źle czuć. Jestem mocno odwodniony i w mam problemy żołądkowe. A następnego dnia czeka nas ponad 6 godzin marszu przez dżunglę z ciężkimi plecakami.

Niestety, następnego dnia mi nie przechodzi, ale mogę liczyć na wsparcie grupy – Łukasz, Asia i Karina odciążąją mnie znacząco. Żeby jednak nie było za łatwo, to zostaję zaraz na początku marszu ugryziony przez osę.

Osy z PN Madidi w Boliwii

Dochodzimy w końcu nad rzekę i acampamento guardaparques strzeżone jedynie przez włochatą tarantulę. Jest małe zamieszanie – mieliśmy się rozdzielić z grupą dziewczyn, ale okazuje się, że mamy spływać w podobnym czasie w dół rzeki. Nie ukrywamy, że zależy nam aby być z przodu przed dziewczynami – większa szansa na zobaczenie zwierząt. W końcu udaje nam się dojść do porozumienia – my spłyniemy łodzią należącą do naszych przewodników, a dziewczyny skorzystają z zbudowanych przez poprzednich turystów tratw. My mamy spływać przez 3,5 dnia, po czym wrócić na motorze do obozu tą samą drogą, a dziewczyny spłyną jeszcze dzień dłużej i wrócą pieszo inną, dłuższą trasą.

Chodząc po dżungli łatwo spłoszyć zwierzaki, natomiast płynąć łodzią po rzece z wyłączonym motorem ma się największe szanse zobaczyć wiele rzadkich gatunków. W ten sposób właśnie Ronan widział jaguary – niektóre na plażach, a jednego nawet śpiącego na kłodzie tuż nad rzeką.

Na szczęście, następnego dnia czuję się już dużo lepiej, więc zaczynamy spływ. Niestety, pogoda nam nie dopisuje. Nie pada, ale niebo przez pierwsze 2 dni jest mocno zachmurzone przez co jest całkiem chłodno. Nasi przewodnicy mówią, że w takiej pogodzie mamy marne szanse zobaczyć dzikie koty, które lubią wylegiwać się przy rzece w upalne dni. Do końca nie tracimy jednak nadziei – śladów jest mnóstwo, prawie na każdej plaży!

Innym, trudnym do zaobserwowania zwierzęciem jest tapir. Udaje nam się go wypatrzyć tylko raz, na ułamek sekundy i to zupełnym przypadkiem, gdy wysiadamy na brzeg za potrzebą. Jednak podobnie jak w przypadku jaguarów, śladów widzieliśmy sporo. Nie brak natomiast kajmanów, kapibar oraz wielu różnych gatunków ptaków (w tym mnóstwo kolorowych ar i tukanów, widzianych niestety tylko z daleka). Niektóre z nich zobaczyliśmy po raz pierwszy dopiero tutaj, w parku Madidi. Mieliśmy też okazję zaobserwować symbiozę jednego gatunku ptaka z kapibarą, którego przedstawiciele wyjadają szkodniki z grzbietów tych sympatycznych ssaków.

Kapibara nad Madidi Kapibary nad Madidi

Kajman nad Madidi

Kolejny kajman nad Madidi

Widzieliśmy też kilka żółwi wodnych oraz żółwia lądowego, który ku naszemu zaskoczeniu przepływał na drugi brzeg rzeki! Żadne z nas dotychczas nie wiedziało, że żółwie lądowe potrafią pływać.

Mieliśmy też ogromne szczęście zobaczyć ogromną anakondę – wygrzewała się na kłodzie tuż przy samej wodzie trzeciego dnia spływu, w którym wyszło słońce. Nasz przewodnik powiedział, że przez 14 lat pracy w parku widział anakondę tylko 3 razy!

Anakonda nad Madidi

Prawdziwym hitem okazało się jednak stado ponad pięćdziesięciu pekari przekraczających rzekę. Z wstrzymanymi z wrażenia oddechami oglądaliśmy to niesamowite widowisko.

Widzieliśmy też mnóstwo małp z rodziny Ateles (czepiakowatych) m.in. mono arana (Ateles belzebuth) i marimono (Ateles paniscus) oraz najbardziej niesamowite małpki z gatunku goldenpalace.com. Nie, żaden spam nie wkradł się do treści posta. Małpki z gatunku Callicebus aureipalatii czyli „Złoty Pałac” zostały odkryte zaledwie 6 lat temu przez ekspedycję naukową pod kierownictwem dr. Roberta Wallaca. Odkrywcy zamiast skorzystać z przywileju wymyślenia nazwy dla gatunku, wystawili go na aukcję. Wygrało kasyno z USA, a zarobione na aukcji pieniądze (ponad pół miliona dolarów) zostały przeznaczone na rzecz utrzymania jednego z najbardziej zróżnicowanych ekosystemów na planecie jakim jest Park Madidi oraz na dalsze prace naukowe dotyczące tychże małp, które okazały się najbardziej ciekawskie ze wszystkich przez nas spotkanych i dały sobie zrobić zdjęcia z stosunkowo bliskiej odległości.

Golden Palace Monkey

Jednak najbardziej popularnymi zwierzakami, jakie nie odstępowały nas o krok były krwiożercze muszki i komary. Po pierwszym dniu pobytu w dżungli każdy z nas naliczył na swoim ciele po ponad sto swędzących niemiłosiernie ugryzień.

Już wracając poprosiliśmy jeszcze naszych przewodników o popłynięcie w jedno z bocznych dopływów rzeki, w którym parę razy widzieli wydry olbrzymie – ariranie. Mówili, że spotyka się je stosunkowo rzadko, ale udało się! Nasi starzy znajomi z dżungli w Peru tradycyjnie nas oszczekali, ofukali, parę razy się powynurzali i odpłynęli. Ale fajnie było je znowu zobaczyć!

Arirania - wydra olbrzymia

Nie możemy narzekać, mieliśmy mnóstwo szczęścia do obserwacji zwierząt na rzece, jednak nie zobaczyliśmy tak upragnionego jaguara. Żeby było zabawniej, udało się go zobaczyć dziewczynom jedynego słonecznego dnia na rzece (tego samego w którym widzieliśmy anakondę), pół dnia drogi za nami!

Ósmego dnia po raz kolejny czeka nas 6-godzinne przejście przez selvę. Mamy więcej szczęścia niż w tamtą stronę – z stosunkowo bliskiej odległości wypatrujemy czepiaki oraz napotykamy małego, ale bardzo jadowitego węża – zdaniem jednego z przewodników jest to Yoperojobobo zwany też Yarará (Bothrops neuwiedi).

Wąż Yoperojobobo.

Wąż Yoperojobobo

Ostatniego, a przynajmniej tak nam się wydawało, wieczora w dżungli prosimy jeszcze jednego z przewodników aby poszedł z nami poszukać kolorowych żab drzewnych. Szukamy dobrą godzinę, w trakcie której napotykamy kilka pająków, różnych ciekawych owadów i kolejnego drobnego, jadowitego węża, ale żadnych żab. W końcu po ponad godzinie wracamy do obozowiska, by zaraz przy nim znaleźć jedną! Co prawda to nie jest to jedna z jadowitych żab drzewnych o kolorach niemalże fluorescencyjnych, ale i tak jest ładna.

Zaba znad Madidi

Ostatni dzień nie jest dniem ostatnim z dwóch powodów – po pierwsze nie ma samochodu, więc musimy jeździć na dwa razy quadem. Po drugie – poziom wody w mijanych po drodze rzekach podniósł się na tyle, że nie można przejechać. A tam, gdzie jest to możliwe, może przejechać tylko kierowca, więc musimy przechodzić z plecakami po kolana, uda a czasem po pas w wodzie przez rwące potoki.

Czapla modrolica Madidi

W czasie gdy jedna para jedzie na quadzie, druga nie siedzi w miejscu i czeka na powrót, ale zaczyna iść w kierunku jazdy, żeby skrócić czas transportu. Poza tym jest to ostatnia okazja, aby jeszcze coś zobaczyć i porobić zdjęcia. Przez drogę parę razy kicają duże gryzonie z gatunku paka (Agouti paca), w oddali też widać ptaki przypominające bażanty.

Mam jeszcze trochę baterii, więc wykorzystuję ją na cokolwiek – głównie mijane po drodze motyle, robię też parę zdjęć z bliska napotkanej bardzo groźnej mrówce – Paraponera clavata w Boliwii znanej jako buna. Widzieliśmy ich tutaj dużo więcej niż ostatnim razem w Peru.

Paraponera clavata

Wychodzę z założenia, że już nic ponad to nie zobaczymy, robię więc ostatnie zdjęcie i rozładowuję zupełnie baterię. Pół godziny później w odległości może 50 metrów od nas na gałęzi siedzi sobie ogromny i bardzo rzadki ptak – harpia wielka (Harpia harpyja) siedzi sobie tak przez ponad 3 minuty, po czym odlatuje, być może obrażona, że nikt jej zdjęcia nie zrobił. Zaraza!

Dziesiątego dnia wczesnym rankiem wracamy do pierwszej dużej wioski, z której jest już w miarę normalny transport do Rurre i tym samym kończymy naszą ostatnią w tej podróży przygodę z dżunglą. Była warta każdej wydanej złotówki, każdej wylanej kropli potu i każdego ugryzienia meszki!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *