Czerwona Tupiza.

Dzień po powrocie z niefortunnej wycieczki na Salar wsiedliśmy w dzienny autobus do Tupizy, w której czekali już na nas Asia i Łukasz. Widzieliśmy się z nimi po raz ostatni w Wenezueli czyli 2,5 miesiąca wcześniej.

Po radosnym przywitaniu od razu przeszliśmy do konkretów, czyli do gotowania. W kuchni czekała na nas góra warzyw, z których pod kierownictwem naszych znajomych przyrządziliśmy pyszny wegański obiad. Reszta dnia zleciała nam na wymienianiu się wrażeniami i historiami, które spotkały nas na szlaku.

Następnego dnia wybraliśmy się na rześki, kilkunastokilometrowy spacer po okolicznych, czerwonych kanionach. W sezonie deszczowym zamieniają się ponoć w rwące rzeki, teraz mogliśmy je jednak przejść suchą stopą.

Trasa w dół od przełęczy między dwoma kanionami okazała się dużo trudniejsza niż zakładaliśmy. Musieliśmy dużo się nakombinować i nagimnastykować, aby bezpiecznie zejść z kilku 2-3 metrowych pionowych półek skalnych. Na samym dole czekała już na nas Valle de los Machos, czyli dolina bardzo wstydliwych formacji skalnych.

Pożegnaliśmy się z Asią i Łukaszem i jednocześnie umówiliśmy na kolejne spotkanie za kilka dni i postanowiliśmy skorzystać z głównej atrakcji Tupizy jaką jest jazda konna. Ja bardzo chciałem pojechać gdzieś dalej z przynajmniej jednym noclegiem po drodze, Karina ciężko jednak znosi dłuższą jazdę na koniu, więc wybrała się tylko na jednodniową przejażdżkę następnego dnia, a ja wyruszyłem na dwa dni. Moim przewodnikiem jest 15-letni, lokalny chłopak. Ciężka sytuacja w domu zmusiła go cztery lata wcześniej do zostawienia szkoły i podjęcia pracy. Podobno nie jest on w swojej sytuacji wyjątkiem w Tupizie.

Nasza trasa wiodła m.in przez fantastyczny kanion Duende, Toroyo i wzdłuż rzeki San Juan aż do położonej u stóp wysokich, pionowych skał wioski Espicaya. Wracając drugiego  dnia inną drogą minęliśmy między innymi La Torre czyli wieżę.

Wypad ogólnie był bardzo udany, a widoki po drodze pozostaną w mojej pamięci jako jedne z najbardziej powalających w tej podróży. Karinie jej wycieczka też się podobała, chyba głównie dlatego, że większość czasu jechała w szaleńczym galopie 🙂

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *