Tu w kurorcie jest najlepiej, tłum deptaków rany leczy.

Po raz ostatni w naszej podróży postanowiliśmy zażyć kąpieli w oceanie. W tym celu udaliśmy się na Ilha Grande czyli Dużą Wyspę ? popularne miejsce urlopowe zarówno wśród mieszkańców Rio jak i Sao Paulo.

Z Rio trafiliśmy na Ilka Grande, czyli „Dużą Wyspę” – popularne miejsce urlopowe zarówno wśród mieszkańców Rio jak i Sao Paulo.Niestety, przyjechaliśmy w kiepskim momencie –  karnawał to nie tylko szaleństwo na ulicach miast. To przede wszystkim czas wolny od pracy, wykorzystywany przez wielu Brazylijczyków na podróżowanie. Wyspa została  po prostu oblężona, a ceny poszybowały w kosmos…

Na miejscu spędziliśmy 3 dni, każdego dnia wypróbowując coraz bardziej odległe plaże. Woda do kąpieli była idealna, grubo ponad 20 stopni, do tego na lądzie 30 stopni w cieniu. Jednak z całego wybrzeża Brazylii będzie nam najbardziej brakowało nie plaż i słońca, ale deserów z pochodzących z amazońskich lasów jagód acai. Zmrożone jagody miksuje się, czasem dodaje się też bananów, miodu i muesli. Zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy jakie dotychczas jedliśmy w naszej podróży i silny argument aby rozważyć w przyszłości powrót do Brazylii 🙂

Ilha Grande zalesiona jest gęstym lasem równikowym, który stanowi dom dla licznych zwierząt. Wracając popołudniu z plaży Las Palmas mieliśmy dużo szczęścia, bowiem zauważyliśmy kilka małp gatunku marmozet przekraczających ścieżkę. Z kolei na naszym polu namiotowym po zmroku buszowały sympatyczne niebieskie kraby.

Ponieważ ostatniego dnia zepsuła się pogoda, wyspę opuściliśmy bez łez w oczach. W teorii w czasie naszego pobytu w Brazylii na wybrzeżu była pora deszczowa, był to jednak pierwszy deszczowy dzień od dwóch tygodni. Nie był to idealny moment na łapanie stopa, ale i tak postanowiliśmy spróbować.

Autostop po brazylijsku tłumaczy się jako carona i był zdecydowanie odradzany przez wszystkich spotkanych Brazylijczyków. Że niebezpiecznie i w ogóle. Normalnie nie przejmujemy się takimi opiniami, ale jeżeli podobne zdanie ma większość  narodu, to może być trudno coś zatrzymać…

Pierwszy samochód łapiemy na wylocie z Angra Dos Reis po 3 minutach. Dojeżdżamy do Paraty, tam przesiadamy się do dostawczego, jeszcze jedna osobówka, TIR i potem długo nic.. aż dojeżdżamy do Sao Sebastiao, gdzie śpimy. W sumie niecałe 250 km przez cały dzień – kiepsko, ale dobrze, że w ogóle ludzie się zatrzymują.

Następnego dnia jest jednak dużo gorzej. Czekamy po kilka godzin, pod wieczór dojeżdżamy do Praia Grande, raptem 180 km. Po drodze jeden kierowca powiedział, że zlitował się nad nami, ponieważ staliśmy w bardzo niebezpiecznym miejscu, niedaleko faveli. Wysadził nas 10 km dalej. Stoimy kolejne 2 godziny w deszczu, po czym kapitulujemy i idziemy na nocny autobus do Kurytyby.

Karina nie chce dalej próbować jeździć autostopem w Brazylii, więc w Kurytybie kupujemy bilet na nocny autobus do Foz do Iguazu i idziemy zwiedzić miasto, na co pewnie nie mielibyśmy czasu, gdybyśmy dalej jechali okazją.

Kurytyba to całkiem sympatyczne miasto. Mieszka tu więcej ludzi niż w Warszawie, ale zupełnie się tego nie odczuwa. Na obrzeżach jest kilka parków i ogród botaniczny, w centrum kilka starych budowli i stary dworzec kolejowy przekształcony na centrum handlowe, gdzie po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy idziemy do normalnego kina, z popcornem i hitami z Świętego Gaju (obejrzeliśmy „Lovely Bones” Petera Jacksona).

Tuż przy dworcu autobusowym przypadkiem znajdujemy pomnik Baden-Powella. Bardzo zabawny zbieg okoliczności, bowiem w Foz do Iguazu, do którego dojeżdżamy następnego dnia rano, jesteśmy goszczeni przez skautów znalezionych na couchsurfingu.

Śpimy w stanicy, która mieści się tuż przy meczecie. Miejsce to zostało udostępnione nam przez komendanta jednego z trzech szczepów skautowych z Iguazu (każdy liczy po ok. 100 osób), Kiko, który poświęcił swoje życie idei skautowej tak bardzo, że postanowił wytatuować sobie na łydce lilijkę 😉 My proponujemy polskim harcerzom i harcerkom pójść krok dalej i wytatuować na ramieniach zdobyte sprawności 🙂

Kolejnym zabawnym zbiegiem okoliczności był fakt, że trafiliśmy tam akurat na Dzień Myśli Braterskiej. Nie ma w Brazylii tradycji darowania kartek z tej okazji, ale my i tak zostawiliśmy jedną, wraz z miniaturką krzyża harcerskiego dla Kiko.

Oczywiście wykorzystaliśmy dogodne położenie stanicy jako bazę wypadową na jeden z najbardziej oszałamiających cudów przyrody – wodospady Iguazu, o czym przeczytać możecie w następnym poście.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *