Miasto Boga.

Pamiętam, że po obejrzeniu filmu „Miasto Boga” postanowiłem, że nigdy nie przyjadę do Rio de Janeiro. Na szczęście ciekawość świata okazała się silniejsza niż lęk i 8. lutego o poranku wylądowaliśmy na krajowym lotnisku Santos Dumont.

Na samolot zdecydowaliśmy się z kilku powodów. Po pierwsze – czas. Zależy nam, żeby zdążyć na końcówkę patagońskiego lata, więc Brazylię potraktujemy tym razem trochę „tranzytowo”. Po drugie – cena. Za przelot z Manaus do Rio na dystansie ponad 4000 km zapłaciliśmy 200 dolarów od osoby – prawdopodobnie niewiele mniej zapłacilibyśmy przemieszczając się drogą lądową, nawet korzystając z autostopu. Po trzecie – chcieliśmy zobaczyć jak Cariocos (mieszkańcy Rio) świętują swój światowej sławy karnawał!

Karnawał to najgorętszy okres w Rio, zarówno jeśli chodzi o temperaturę, która dochodzi do 50 stopni Celsjusza jak i ceny zakwaterowania. Nie chcąc płacić minimum 150 złotych za osobę za noc, postanowiliśmy po raz kolejny zdać się na couchsurfing. Na miesiąc przed naszym przylotem wysłałem ponad 50 zapytań, otrzymawszy 2 pozytywne odpowiedzi… reszta hostów albo już miała zaklepane terminy albo opuszczała miasto na czas karnawału. Szczęśliwi i tak z tego co udało się znaleźć, pierwsze 3 noce spędziliśmy u mieszkającego blisko centrum Carlosa.

Jeszcze tego samego dnia po przyjeździe przeczytaliśmy na forum, że Paula z couchsurfingu organizuje wypad na Głowę Cukru, więc wybraliśmy się z nią i jej gośćmi.

Mimo, że wjechaliśmy nie na główny, tylko  pośredni  szczyt, czyli Morro Da Urca, widok na miasto zrobił na nas ogromne wrażenie. Położenie geograficzne Rio jest niesamowite – dżungla miejska przeplata się z naturalnym lasem, wieżowce współistnieją ze stromymi górami i to wszystko tuż nad brzegiem  oceanu. Warto było tu przyjechać nawet dla tylko tego jednego widoku…

Drugiego dnia Paula zabiera nas na bardzo interesującą wycieczkę po centrum i Santa Teresie, która słynie z pokrytych głównie czerwonymi kafelkami schodów – Escadaria. Spotkaliśmy nawet ich twórcę – Jorge Selarón siedział sobie na jednym ze stopni, malując. Powiedział nam, że jego dotychczasowe praca nad schodami  zajęła mu 20 lat, a wspomagali go artyści z całego świata, podarowując wykonane przez siebie kafelki. Polacy też mieli swój wkład!

Udaliśmy się również na punkt widokowy w Parque Ruinas – miejscu w którym ruiny dworku zaadaptowano na miejsce spotkań ze sztuką (nie mam tu na myśli graffiti). Spoglądając na miasto z góry mamy inną perspektywę niż z Głowy Cukru. Łatwo można dostrzec jego fenomen –  dzielnice biedy (favelas) porastające okoliczne wzgórza, często w bliskim sąsiedztwie biurowców czy otoczonych wysokim murem osiedli dla bogaczy.

Trzeciego dnia zaliczyliśmy kolejny „highlight” – statuę Chrystusa. Nie dostaliśmy się do niej jednak tak jak 99% zwiedzających, czyli autobusem z Santa Teresy, ale ścieżką od strony dzielnicy Jardim Botanico przez las z wodospadami, jadowitymi wężami, legwanami i małpami. I to wszystko w środku potężnej metropolii! Na wejście pod sam pomnik nie starczyło nam niestety pieniędzy, ale i tak nie przeszkodziło nam w podziwianiu miasta z wysokości, już po raz trzeci.

Niestety Carlos nie może ugościć nas dłużej, ale otrzymaliśmy jeszcze jedną pozytywną odpowiedź. Daniel mieszka na Anilu, prawie 2 godziny jazdy autobusem z centrum. Osiedle jest otoczone wysokim murem, z portierem i 24-godzinnym monitoringiem. Ładne domy z basenami i przystrzyżonymi trawnikami. Jeśli jednak udamy się na piechotę 20-30 minut dalej, zaczyna się inny świat: brudne ulice, domy zbudowane najniższym nakładem pieniędzy, niepomalowane. Na dachach sterczą kikuty zbrojeń na wypadek gdyby trzeba było dobudować jeszcze jedno piętro.

Najbardziej przewrotne jest to, że w bliskiej odległości jest nic innego jak niesławne Miasto Boga. Podobno już mniej niebezpieczne niż ostatnie kilka lat temu. Trzeba pamiętać, że favela faveli nierówna – są takie w których strzela się bez ostrzeżenia, kwitnie handel bronią i narkotykami. Są takie w których prawie na pewno zostanie się okradzionym. I są też takie, w których żyją ludzie biedni, ale w większości uczciwi, próbujący godnie pogodzić koniec z końcem.

Jak już wspomniałem, wiele faveli, zwłaszcza blisko centrum, jest na wzgórzach. Ma to swoje historyczne uzasadnienie – gdy w mieście zaczęły być realizowane kolejne inwestycje budowlane rządzący wypychali biedotę miejską coraz dalej poza centrum. Jednak ponieważ Rio nie jest miastem o standardowym położeniu, zamiast wynieść się na obrzeża, biedni wpadli na pomysł, aby zaludnić okoliczne wzgórza, nie mieszczące się w ówczesnym planie zabudowy miasta. Dziś, wraz z rosnącymi cenami nieruchomości, są coraz częściej wysiedlani ze swoich atrakcyjnych inwestycyjnie dzielnic, pod pozorem walki z przestępczością.

Doświadczenie pobytu u Daniela było wyjątkowe z jeszcze jednego powodu – niezwykle ciepłego przyjęcia przez jego rodzinę. Przesympatyczna mama i typowa, kochana babcia – specjalistka od domowych wypieków, rozpieszczały nas ciastem i powidłami z bananów. To był dla nas potężny uścisk brazylijskiej gościnności.

W międzyczasie zaczęło się karnawałowe szaleństwo. Karnawał w Brazylii sprowadza się do dwóch głównych imprez – pokazów szkół samby w kluczowych miastach na specjalnie do tego przygotowanych stadionach – sambodronach oraz imprez ulicznych zwanych blocos.

Niestety, w momencie w którym przylecieliśmy do Rio, dostanie biletu na sambodron było praktycznie niemożliwe, a nawet jeśli, to wiązało się z ogromnymi kosztami. Byliśmy na siebie bardzo źli, że nie pomyśleliśmy o ich kupnie przez internet w momencie, w którym zdecydowaliśmy się na lot. Na otarcie łez udało nam się jednak sfotografować z tancerką samby. No i pozostały nam bloco – udział w nich polega na spontanicznej zabawie w tłumie podążającym za platformą na której gra na żywo zespół. Wiodącym tańcem jest oczywiście samba i jest to chyba jedyny możliwy taniec w tym ścisku.

Poza tym chodzi o to, żeby się upić i pocałować się z jak największą ilością przypadkowych osób. Młode samce zapewne przechwalają się potem statystykami pocałowanych samic, niczym Gimli i Legolas po bitwie pod Helmowym Jarem ilością zabitych orków.

Nie jest naszą intencją krytykowanie karnawału ulicznego w Rio – w pewnym stopniu urzekła nas spontaniczność biorących w nim udział Brazylijczyków. Ponieważ jednak duże miasta szybko nas przytłaczają, a tłumy przyśpieszają ten proces trzykrotnie, opuściliśmy miasto w szczycie gorączki i ruszyliśmy w poszukiwaniu kolejnego kontaktu z naturą…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *