Słoneczna Cartagena.

Nowy Rok zaczął się dla nas lepiej niż dobrze. To co pisaliśmy o autostopie w Kolumbii, znowu się sprawdziło. Po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na noc do domu! Naszymi gospodarzami byli Alba i Sergio, którzy nie tylko ugościli nas na noc, ale także uraczyli przepyszną kolacją i śniadaniem oraz darmową lekcją salsy 😉

2 stycznia nie był jednak już taki kolorowy… Czekaliśmy prawie 5 godzin i jedyny kierowca, który się zatrzymał, poprosił nas abyśmy dorzucili się do paliwa… Ale z miejsca do którego dojechaliśmy nocny autobus na wybrzeże wyszedł nas 50 dolarów taniej, wiec nie narzekaliśmy.

Jesteśmy w Cartagenie – dla mnie jest to najładniejsze miasto, jakie widzieliśmy dotychczas w Ameryce Południowej. Stare miasto położone jest na półwyspie otoczonym zabytkowymi murami. Kolonialne uliczki, nieduże place, palmy, fontanny i wszechobecne wpływy afrykańskie. Wybrzeże Kolumbii jest czarne. W Cartagenie znajdował się jeden z głównych targów niewolników w Ameryce Południowej i wielu dzisiejszych mieszkańców to ich potomkowie. Niestety, kolorowo ubrane kobiety niosące kosze z owocami na głowach to bardziej cepelia, dodatkowa atrakcja turystyczna, niż element prawdziwego lokalnego folkloru.

Ze starym miastem kontrastuje nowoczesna dzielnica Bocagrande. Widok przypomina trochę jedna z nadmorskich metropolii Stanów Zjednoczonych np. Miami.

Na wybrzeże trafiliśmy w najgorszym możliwym momencie – w szczycie sezonu. Na szkolne wakacje nachodzą urlopy z pracy. Ceny hoteli wzrosły trzykrotnie, a i tak wszystko pełne. Cudem udało nam się znaleźć prywatny pokój do wynajęcia za względnie nieduże pieniądze… Jednak niezależnie od pory roku, uważam, że Cartagenę należy zniszczyć… to znaczy odwiedzić!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.