Źli ludzie w Ekwadorze.

Z powrotem w drodze. Autostopem docieramy do Cuenci, z wyjazdem z przedmieścia jest problem, ale w końcu łapiemy wlokącego się 40 km/h tira. Gdy zapada już noc, prosimy o wysadzenie w środku niczego. Nocleg w namiocie przy Panamericanie na 3 tys m n.p.m – to jest to!

Następnego dnia kilkoma samochodami docieramy do Banos. Poszło gładko i przyjemnie – zadziwiająco przyjemnie. Kilku podwożących nas kierowców wykazało się serdecznością, której rzadko doświadczamy jeżdżąc stopem po Polsce. Jeden obdarował nas swoja czapka, drugi postawił obiad, trzeci kupił po jogurcie. Każdy z nich podkreślał przy tym kilka razy, że w Ekwadorze jest wielu złych ludzi, ostatnio coraz więcej, my natomiast ze śmiechem odpowiadaliśmy, ze póki co spotkaliśmy tylko tych dobrych 🙂

Banos to małe, sympatyczne miasto, oferujące wiele turystycznych atrakcji. Nazwa pochodzi od licznych basenów i gorących źródeł, wypływających u podnóża górującego nad miejscowości aktywnego wulkanu. Jego ostatnia erupcja miała miejsce kilka lat temu, wystygłe strumienie lawy można zobaczyć gdy wjeżdża się droga od strony Ambato. Na szczęście samo Banos nie ucierpiało – być może za sprawą lokalnej Matki Boskiej. Ku jej czci odbywają się procesje ciągnące za półtorametrową dymiącą makietą wulkanu ułożoną na pace pickupa. Za samochodem na barkach mężczyzn noszona jest dziewczyna przebrana za Matkę Boską, trzymająca w ręku plastikowa lalkę.

Jednak procesje były głównym celem naszej wizyty w Banos, ale aktywny wypoczynek na wypożyczonych rowerach. Na nich właśnie przejechaliśmy polowę liczącej 60 km trasy z Banos do Puyo, przez większość czasu jadąc z górki pośród fantastycznych krajobrazów i potężnych wodospadów. Jeden z nich – Pailon del Diablo (Kociol Diabla) zrobił na nas szczególnie duże wrażenie. Odważyliśmy się tez przejechać tarabitą – wózkiem podwieszonym na kablu wznoszącym sie ponad 100 m nad ziemia i innym wodospadem – Welonem Narzeczonej.

Banos jest znane z jeszcze jednego powodu – swoich słodyczy, ich oryginalnego smaku oraz sposobu przyrządzania. Słodkość znaną jako melcocha przyrządza się w witrynach sklepów.

Wyjechawszy z Banos, w drodze do Quito zahaczyliśmy jeszcze o położone w kraterze wulkanu jezioro Quilotoa. Noc spędziliśmy w nietypowym hotelu należącym do lokalnej rodziny. Sala jadalna była zarazem salonem w ich domu, w którym ogrzewając się przy kominku haftowali i malowali pamiątki dla turystów, rozmawiając przy tym w quichua (język rdzennej ludności andyjskiej w Ekwadorze). Pomagaliśmy tez w odrobieniu zadania domowego jednej dziewczynce – miała podzielić jedną 6-cyfrową liczbę przez drugą czterocyfrowa, przy czym wynik miał kilkanaście miejsc po przecinku… Albo nie zrozumieliśmy dobrze zadania, albo lokalni nauczyciele to sadyści.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *