O randce w ciemno, jajach na gwoździu i sosie musztardowym, czyli stopa na równiku.

Imię: Carlos.
Nazwisko: Figueroa.
Wiek: 27 lat.
Zawod: pracuje dla „człowieka”.
Lokalizacja: Quito, Ekwador-  Av. Portugal.
Znajomość jeżyków: hiszpański (expert), angielski(expert), quechua (poczatkujący).
Liczba pozytywnych referencji: 63.
Liczba negatywnych referencji: brak.
Inne: Nie ma lamy. Nie nosi poncza. Jest wegetarianinem wtórnym – je zwierzęta, które nie jadają mięsa.

To tyle. Jest jeszcze zdjęcie. Zwykle jednak to mniej więcej wszystko co wiemy o człowieku, który zgodził się zostać naszym cochsurferowym gospodarzem i do którego drzwi za chwilę zapukamy.

Idziemy pod wskazany adres.  Coś się nie zgadza. Przed naszymi oczyma wyrasta coś jakby wypasiony hotel, albo rezydencja. Raz jeszcze patrzymy na karteczkę z zapisanym adresem – wszystko się zgadza. Widząc nasze zmieszanie,  pochodzi do nas portier. „Państwo przybyli do pana Carlosa, prawda? Niestety nie ma go w tej chwili. Tu są klucze do apartamentu i karta z chipem do obsługi windy. Pomogę Państwu.” I całe szczęście, że nam pomógł, bo my, pochodzący z wioski rybackiej, w życiu windy na kartę elektromagnetyczną nie widzieliśmy.

Wchodzimy do pustego, przytulnego mieszkanka noszącego znaki, tymczasowego pomieszkiwania przez kilka osób. Słychać zgrzyt wkładanego do drzwi klucza.  Carlos?! Otwierają się drzwi. Cos podejrzanego wydaje nam się w kolorze włosów i ubiorze osobnika stojącego u progu. Blondynka w spódnicy, z siatkami w rękach.  Cóż… couchsurfing to trochę jak randka w ciemno. Nigdy nie wiesz, co czeka za wachlarzem… Ale to nie  jest Carlos. Okazuje się, że to inna couchsurferka, z Niemiec.

O Sosie musztardowym.

W Quito, poza sympatycznymi rozmowami międzynarodowymi  na dziesiątym piętrze, przy okrągłym stole  i resetowaniem poprzez oglądanie naprawdę dobrych filmów z kolekcji Carlosa, wybraliśmy się szlakiem kolonialnej przeszłości na stare miasto.

Słyszeliśmy mnóstwo historii związanych z niebezpieczeństwem w Quito od bezpośrednich ofiar czy świadków. Mnóstwo! Podobno jednak szczególną popularnością  wśród  zorganizowanych grup złodziejaszków cieszy się chwyt musztardowy – wybranego turystę, najlepiej z dużym aparatem na szyi, oblewa się  musztardą (np. z balkonu budynku pod którym niefortunnie przechodził turysta).

Następnie, widząc zafrasowanie u ofiary musztardowej przemocy  związane z pobrudzonym ubraniem, inne osoby (lub osoba) z szajki biegnie na pomoc – pieczołowicie czyszczą  plamy, ofiarowują chusteczki, są nawet gotowe potrzymać rzeczy oblanego, tak aby ten mógł się swobodnie wyczyścić. Turysta jest  często gotów podziękować za ten akt życzliwości i dopiero po chwili  spostrzega, że został okradziony…  Chyba, że się złodzieja do siebie nie dopuści, wyraźnie dając znać że nie chce się pomocy i trzymając swoje własności mocno w rękach, co zresztą zrobili Asia i Maciek, spotkani przez nas w Quito Polacy, których pozdrawiamy!

Wybieramy się m.in.  na El Panecillo czyli wzgórze widokowe z 45 metrową statuą Matki Bożej. Zarówno pomnik, jak i widok na miasto i okalające je góry robi wrażenie. Podobno na Panecillo warto wybrać się ze względów bezpieczeństwa taksówką – wzgórze otoczone jest slumsami. Co ciekawe, znajduje się ono może 1 km w linii prostej od rynku i głównych budynków rządowych. Przynajmniej nie ma hipokryzji i wyrzucania biedoty na obrzeża miasta.

Mistrzyni jaja na gwoździu, czyli wizyta na równiku.

Będąc w kraju, którego nazwa pochodzi od słowa równik, nie mogło nas tam zabraknąć. Tam, czyli w interaktywnym Muzeum Inti-nan, na terenie którego przebiega właśnie linia równika. Obok stylizowanych indiańskich chat, zmumifikowanych czaszek, kilkunastometrowych skór anakond i wężów boa – a więc tradycji, historii i przyrody Ekwadoru, można doświadczyć bardzo ciekawych zjawisk fizycznych związanych  z przebywaniem na równiku – np. można zauważyć różnicę w sile grawitacji: możliwe jest nawet postawienie jajka na gwoździu! Ci, którym się to udało, mogą poszerzyć swoje CV o tytuł EGGmastera. (tak! jestem mistrzynią jaj! Marcin po kilku minutach próby, stwierdził ze cierpliwości nie ma. Za to powinien otrzymać dyplom KARINYmastera, bo do mnie ma dużo cierpliwości;)).

I teraz ważne doświadczenie dla tych, którzy tracili bezsenne noce zastanawiając się, dlaczego woda  w toalecie przy spuszczaniu na półkoli północnej wiruje w inna stronę niż  na  półkoli południowej. Oczywiście chodzi o silę Coriolisa. Postawiliśmy zlew z wodą dokładnie na równiku. Odetkaliśmy korek. Nie było żadnego wirowania! Dorzucone do  spuszczanej wody liście po prostu spłynęły pionowo w dol.

Zlew przestawiliśmy 3 metry od równika na północ. Tym razem liście wraz z wodą wirują w prawo. Z kolei 3 metry od równika na południe liście obracają się w lewo. Niesamowite, że takie zjawiska są dostrzegalne w tak niewielkiej od równika odległości!

Trzeba przyznać, ze fizyka może byc intersująca. Zaczynam trochę bardziej rozumieć znajomych fizycznych magikow (pozdrowienia dla Wiesia i Eziego!), choć nie ma to wiele wspólnego z bliższym rozumieniem fizyki 🙂 Pozdrawiamy!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *