Dzienniki z Raju.

30.11

Jutro jedziemy do Raju.

01.12

Z pokładu samolotu Qutio wcale nie wydaje się takie duże. W dole widać jeszcze wiele połaci ziemi do zagospodarowania przez rozrastający się nieustannie organizm metropolii.

Tam gdzie jedziemy na szczęście nie powstaną już nowe miasta. Niełatwo jest zostać nowym obywatelem Raju, trzeba bowiem wytrwać przynajmniej 5 lat w związku małżeńskim z jednym szczęśliwców, którym przyszło się tam urodzić. Nie lada wyczyn w dzisiejszych czasach.

Samolot ląduje i powoli dociera do nas w końcu, ze naprawdę tu jesteśmy. Że to nie sen. Że nie zadzwoni zdrajca-budzik i wywlecze naszą rozbudzona podświadomość na szara rzeczywistość.

To nie sen. Welcome to Baltra Airport. Przylecieliśmy na Galapagos.

Zdecydowaliśmy się na rejs miedzy wyspami. Jest to najdroższa i jednocześnie najbardziej efektywna forma zobaczenia przyrody na Galapagos. Ma potrwać niecałe 8 dni i koszt na jedna osobę wyniósł nas więcej, niż nasz wspólny miesięczny budżet. Możemy sobie na to pozwolić dzięki wsparciu finansowym od mamy Kariny i pożyczce od jej brata.

Przejazd z lotniska do głównego miasta na archipelagu – Puerto Ayora, trwa około godzinę. Dojedzmy do nabrzeża i … Ty, patrz, uchatka, tam! I drugi, trzeci, czwarty…

(Potem Bóg rzekł: „Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów”.)

Uchatki są prawie wszędzie. Ponieważ są to zwierzęta nocne, za dnia pochrapują sobie gdzie popadnie, nie bacząc na przechodzących obok ludzi. Zauważamy tez pierwsze legwany morskie i kraby – cieszymy się jak dzieci na prezenty gwiazdkowe 🙂 A to dopiero pierwsze 2 godziny…

02.12

Jesteśmy na Isla Isabella. Obraliśmy ten kierunek, ponieważ nasz rejs zaczyna się dopiero jutro i jego trasa nie obejmuje tej wyspy. Płyniemy na pobliskie wysepki Las Tintoreras. Wycieczka, choć krótka, jest naprawdę fantastyczna. Do czasu wejścia do wody główną atrakcją są pingwiny i rekiny, pływające sobie jak gdyby nic, wśród skał przy jednej z wysp.

Jednak dopiero snorkeling dostarcza za dużo wrażeń jak na jeden dzień. W okolicy jest jedno miejsce, w którym zawsze można napotkać gigantyczne żółwie morskie. I rzeczywiście! Płynę jakiś czas za jednym z nich, może pół metra od niego i pstrykam zdjęcie za zdjęciem jednorazowym, podwodnym aparatem.

Natomiast tuz przy samej łódce, na dnie zakopała się olbrzymia płaszczka – ma chyba z co najmniej 4 metry!

Popołudniu eksplorujemy wyspę na własną rękę, chodząc po plaży i przybrzeżnych skalach wulkanicznych, oglądając dziesiątki legwanów oraz wybieramy się na spacer nad słone jezioro, gdzie z bardzo bliskiej odległości udaje nam się zobaczyć flaminga.

Po tym wszystkim zastanawiamy się już tylko czego możemy spodziewać się po rejsie – zawiedzie nas czy z wrażenia zgubimy gdzieś szczeki po drodze…

03.12

Od dzisiaj możemy przestać mówić o sobie „niskobudżetowi podróżnicy”. Tak mniej więcej od pierwszego wypasionego obiadu zjedzonego na naszej „tourist superior boat”…

Jedziemy autobusem w głąb Santa Cruz zobaczyć olbrzymie żółwie i tunele z lawy. Obie atrakcje są niesamowite, ale równie dobrze można zrobić je na własną rękę.

Olbrzymie żółwie robią olbrzymie wrażenie – zwłaszcza samce, które są 3 razy większe od samic, a ich waga dochodzi do 200 kg. Oglądamy je w prywatnym rezerwacie (3 % powierzchni na Galapagos nie stanowi Parku Narodowego), gdzie żyją na wolności i jest ich tam kilkadziesiąt.

Noc z 03 na 04.12

Czy może ktoś wyłączyć kołysanie?

04.12

Na początek wyspa Rabida z czerwona plażą, mijamy uchatki z małymi i groźnie wyglądającego myszołowa. Tym razem nie zostałem zaatakowany (patrz wpis Pouczająca lektura o tym, dlaczego nie należy straszyć ptaków drapieżnych). Zapoznajemy się tez z krabami pustelnikami i snorkelingujemy przy przybrzeżnych skałach, bawiąc się z uchatkami, chociaż to raczej one bawią się z nami J Te ciekawskie zwierzęta często pływają z nurkami, kierując się prosto na nich, zmieniając w ostatniej chwili kierunek.

Po południu płyniemy na jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Galapagos – zatokę Sullivan z spiczastą skałą Pinnacle Rock na Bartolome Island. Ponownie snorkelingujemy z uchatkami, pingwinami i potężnymi ławicami ryb. Zostajemy tam aż do zachodu słońca.

05.12

Isla Genovesa to jedna z bardziej oddalonych wysp i nie każdy rejs ma ja w programie – mamy szczęście. Jest to jedne z najlepszych miejsc na archipelagu do oglądania ptaków. Oprócz niezliczonych ilości głuptaków czerwonostopych i walczących z nimi zajadle fregat, są tu głuptaki nazca oraz polujące na drobne oceaniki sowy, czając się na nie w wąskich szczelinach skalnych.

Będąc w tym niesamowitym miejscu człowiek uświadamia sobie jak okrutna wydaje się przyroda. Jednak to tylko pozory – wszystko ma tu należne sobie miejsce, wszystko działa jak idealnie nakręcony, skomplikowany mechanizm. Owszem, myszołowy atakują młode uchatki, ale nigdy w takim stopniu, aby zagrozić ich populacji.

Największym zagrożeniem tego kruchego ekosystemu jesteśmy oczywiście my – ludzie…

(„Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”)

Oprócz tak oczywistych szkód jak zabijanie zwierząt (np. kilka gatunków żółwi zostało bezpowrotnie pożartych przez piratów w XIX w.), są tez takie, z których praktycznie nie zdajemy sobie sprawy. Sprowadzenie obcych gatunków takich jak kozy, konie czy nawet inne ptaki, poważnie zagroziło przetrwaniu wielu gatunków. Na przykład ptak ze zdjęcia poniżej zabija zięby. Na tym jednak nie koniec strat – zięby są naturalnymi lekarzami żółwi, ponieważ wyjadają pasożyty z miejsc nie osłoniętych skorupa. Jeśli wyginą zięby, na odstrzał pójdą więc też i żółwie.

 

W trakcie popołudniowego snorkelingu w końcu udaje nam się zobaczyć rekiny! Jest to najbardziej popularny gatunek (whitetip reef shark), ten sam, który widzieliśmy z lądu na Isabelli, ale to i tak nie umniejsza naszej radości.

06.12

Dzisiaj zmienia się załoga i jest małe zamieszanie, przez co program jest trochę mniej atrakcyjny, ale i tak jesteśmy pod ogromnym wrażeniem fregat, które udało nam się zobaczyć na North Seymour Island z charakterystycznym rozdymanym, czerwonym podgardlem. O tej porze roku prawie niemożliwe jest zobaczenie ich takimi na innych wyspach. Popołudnie spędzamy relaksując się na plaży i oglądając żółwie wodne przy brzegu.

07.12

Po zmianie załogi na lodzi jest tylko 10 pasażerów, przez co jest bardziej kameralnie. Poznajemy parę Czechow, którzy od kilku lat mieszkają w Sao Paulo i pracują w czeskim konsulacie. Dziś płyniemy na Santa Fe, wyspę znaną głownie z gatunku endemicznych legwanów lądowych. Jednego zauważamy nawet na ogromnym kaktusie, co zdaniem naszego przewodnika jest nietypowe. Poznajemy kolejne gatunki ptaków.

Jedną z wizytówek Galapagos jest głuptak niebieskostopy. Musicie jednak przyznać, że minę ma bardzo inteligentną 🙂

08.12

Espanola Island – jedyne miejsce na archipelagu, gdzie można zobaczyć jego największe ptaki – albatrosy. Te niezwykle ciekawe ptaki mają kilka ciekawych zwyczajów, np. wychowaniem młodych zajmują się zarówno samce jak i samice, które łączą się w pary na całe życie – podobnie jak pingwiny. Karmienie odbywa się wpierw poprzez konsumpcję pokarmu przez rodzica, a następnie zwymiotowanie go do gardła potomstwa. Niesamowity jest tez ich obrzęd godowy – swymi długimi dziobami uprawiają swego rodzaju „szermierkę”.

Napotykamy również dużo legwanów morskich w czerwonym ubarwieniu godowym oraz jaszczurki (lava lizards). Przypatrujemy się też z bliska gniazdującym głuptakom Nazca i podziwiamy gejzery. Jutro płyniemy na ostatnią wyspę – Floreanę. Zaczyna do nas docierać, że nasz czas w Raju zaczyna dobiegać końca…

09.12

Podobno przy Floreanie jest jedno z najlepszych miejsc do snorkelingowania na całym Galapagos. Owszem, jest tam całkiem ładna rafa koralowa, ale nie widzieliśmy dużo zwierząt, może tym razem nie mieliśmy szczęścia. Słyszeliśmy, że czasem można tu zobaczyć rekiny młoty.

Na wyspie znajduje się osobliwy ludzki twór – skrzynka pocztowa. Idea jest bardzo ciekawa – każdy może tutaj zostawić zaadresowaną do siebie kartkę pocztową z nadzieją, że ktoś w przyszłości ją weźmie i dostarczy nam osobiście. Ma to stanowić okazję do sentymentalnego powrotu we wspomnieniach do tego magicznego zakątka Ziemi. Czytelniku – jeśli to akurat Ty natrafiłeś na nasza kartkę, to zapraszamy serdecznie do siebie!

Po wypisaniu kartek ruszamy na eksploracje pobliskiego tunelu z lawy. Do polowy wchodzą wszyscy, ale od momentu, w którym woda sięga po kolana, po pas, po szyje… rusza już tylko ekipa przedstawicielska narodów słowiańskich – dwóch Czechow, Rosjan i my!

Popołudnie spędzamy na ostatnim już snorkelingu oraz spacerze wzdłuż plaży, gdzie bardzo blisko brzegu podziwiamy płaszczki (a nawet wchodzimy w do wody, żeby zrobić im lepsze zdjęcia – trzeba tylko uważać, żeby nie nadepnąć na żadną z nich – ponoć bolesne doświadczenie) oraz udaje nam się zobaczyć dwa morskie żółwie w trakcie, jak to wyraził się nasz przewodnik, „happy hours” (ściślej mówiąc „happy days”, ponieważ… czy czytają nas jacyś niepełnoletni użytkownicy internetu? ;)) Następnie, ku naszej rozpaczy, zaczynamy powrót w kierunku Puerto Ayora.

10.12

Jako ostatnią część programu, wybieramy się z przewodnikiem do Charles Darwin Research Station, gdzie w inkubatorach wykluwają się nowe żółwie. Co ciekawe, biolodzy tam pracujący maja wpływ na to czy urodzi się samiec czy samica – wystarczy przekręcić temperaturę inkubatora o 1 stopień Celsjusza… Człowiek może w ten sposób w końcu zadośćuczynić środowisku, któremu w przeszłości wyrządził tyle krzywdy

(„Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał”)

Stację zamieszkuje słynny żółw Lonesome George. Wbrew obiegowej opinii, nie jest on ani największym, ani najstarszym żółwiem na Galapagos. Po prostu za sprawą szkodliwej działalności człowieka został on jedynym żyjącym przedstawicielem swojego gatunku. W momencie jego śmierci wyginie też gatunek.

Nasza przygoda na rejsie dobiegła końca, ale został nam jeszcze cały dzień i noc na wyspach, które postanawiamy spędzić na oddalonej o kilka kilometrów od miasta Tortuga Bay.

11.12

Zwierzęta w Raju podobno nie bały się człowieka. Dlatego Galapagos stało się dla nas jego najbliższym odzwierciedleniem na Ziemi – do większości zwierząt można podejść na odległość 1-2 m, nie płosząc ich przy tym. Pobyt tam stał się dla nas jedyną w swoim rodzaju formą modlitwy – w dziele stworzenia mogliśmy podziwialiśmy jego Stwórcę… choć Darwin pewnie by się nie zgodził 😉

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *