Dramat w trzech aktach.

AKT I: Akcja GRUBA RYBA

Każdy kto działał lub działał w harcerstwie i próbował założyć drużynę lub poszerzyć ją o nowych członków, doskonale zna to pytanie: jakiej przynęty użyć, aby „zwabić rybę”? Ba! Rybę! Kilka, kilkanaście ryb, i to nie tam płotek jakiś czy śledzi, ale najlepiej gdyby chodziło o Grube Ryby – takie, które będą chciały wpłynąć na swoje życie i zostać, a nie spłynąć po pierwszej zbiórce naborowej.

Jeszcze tego samego dnia, w którym wróciliśmy do Zamory, przygotowaliśmy plan połowu narybku. Następnego dnia, w niedzielę, uderzyliśmy z informacjami do ludzi. Za radą księdza – tylko poprzez rozmowę podczas katechezy przed mszą (w Ekwadorze nie ma religii w szkole, a katechezy obejmują 3 grupy: dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, młodzież do bierzmowania i rodziców wcześniej wymienionych). Bez ulotek i plakatów, choć to wydało mi się to ryzykowne.

Niedziela, godzina 8.00. Mnóstwo ludzi gromadzących się w 3 różnych salach. Ksiądz rodziców wziął na siebie. Uderzamy wiec do Sali, w której są osoby od 13 roku życia. Zapraszamy ich na jutro na zajęcia o czwartej popołudniu i mówię, ze jeśli przyjdą to jest za darmo, a jeśli nie to trzeba zapłacić po 100 dolarów. Udało się, rozśmieszyłam ich, co jest dość istotne w relacjach z tutejszymi ludźmi. Miny radosne, wskazujące na zainteresowanie tematem. Czas na sale ze starsza młodzieżą. Jest ich garstka – 5, może 6 osób. Ale tutaj to jakby z betonem. Żadnych emocji.

Godzina 9.25. Przed Msza podbiegają do nas dziewczyny i i pytają, czy inne osoby ze szkoły tez mogą przyjść. Za chwile podbiega trzynastolatek i pyta, czy też może przybyć, mimo tego, że nasze zaproszenie jest skierowane do osób powyżej 14. roku życia. Wygląda, że chwyciło.

Już następnego dnia o 16.00 dowiemy się jaki będzie efekt zasiania tego plonu.

 

AKT II: Niepewność.

Poniedziałek. Godzina 15.40. Otwieramy z Marcinem okna i drzwi do sali teatralnej, podłączamy głośniki i sprawdzamy muzykę. Czekamy, aż wybije godzina zero.

Wybiła. I nic, tylko to zero. Nie ma NIKOGO. Co nas trochę dziwi, biorąc pod uwagę że Zamora to małe miasteczko, w którym nie dzieje się zbyt wiele. Nie ma rozbudowanej oferty zajęć pozaszkolnych, wiec wydawałoby się, że nasza  będzie swoistą atrakcja. Szczególnie, że za darmochę.

Godzina 16.05. Nadal nic.
Godzina 16.10. Patrz powyżej.
Godzina 16.15. Bez większej nadziei, ale wytrwale czekamy.
Wreszcie podjeżdża van. Wysypują się z niego 3 dziewczyny, których twarze rozpoznaje z wczorajszych rozmów. Nie przepraszają za spóźnienie – tutaj czas odbiera się inaczej.

Szybka kalkulacja. Czy dla trzech osób warto robić próbę? No jasne! Nawet gdyby spektakl miał nie wypalić i byłaby to pierwsza i ostatnia próba – warto. Warto spotkać się z człowiekiem poprzez teatr przez te 90 minut próby, i dać z siebie wszystko. Entuzjazm często przynosi dobry owoc.

Godzina 18.00. Koniec sympatycznej, choć dającej wycisk próby. Ustalamy z dziewczynami, że potrzebujemy do spektaklu minimum 7 osób, w tym dwóch facetów. One promują przedsięwzięcie u siebie w szkole, my z Marcinem przygotowujemy plakaty i ulotki w nakładzie w sumie około 200 sztuk, które rozwieszamy i rozdajemy w całym mieście następnego dnia. Następna próba w srodze

 

Akt III: CHAOS.

40 plakatów zachęcających do udziału w naszym spektaklu rozwieszonych po całym miasteczku, około 100 ulotek rozdanych młodym, napotkanym ludziom w szkołach i na ulicach. Efekt tego połowu: 1 osoba, która zresztą za chwilę okaże się nie być „grubą rybą” (patrz AKT I).

Mamy wciąż za mało osób. Znowu niepewność. Ale jakaś taka dziwnie spokojna. Bez negatywnych emocji, stresu, czy poczucia szybko upływającego czasu. Jeśli będą chcieli to skorzystają. Jesteśmy tu całkowicie dla nich.

Na następną, trzecią z kolei próbę, pod wpływem rozmów dziewczyn w szkole z koleżankami i kolegami przychodzi 8 osób! Pech jednak chciał, że akurat tego dnia złapała mnie wysoka gorączka. Marcin dzielnie odwołuje spotkanie, widząc zawód w oczach ludzi. Czy wrócą więc w poniedziałek?

Tak mniej więcej wyglądają dwa pierwsze tygodnie pracy nad spektaklem. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi. Ciągle trzeba powtarzać fragmenty scen z nowymi osobami i jednocześnie robić coś nowego, by nie zniechęcić tych najwytrwalszych. Do premiery pozostają 2 tygodnie…

Termin naszego wyjazdu jest w zasadzie nieprzesuwalny. Szczególnie, że Marcina w trakcie tego wolontariatu ciągnie już w drogę. Mimo, że nie ma czasu na nudę – do południa maluje ściany domu starców, popołudniami każdego dnia mamy próby, wieczorami zaczytujemy się w polskie, pożyczone od księdza książki – ta potrzeba przemieszczania się jest w Marcinie silniejsza. Tym bardziej więc doceniam jego pomoc w pracy nad spektaklem – bez niego nie byłby możliwy.

Ostatecznie w ekipie ostaje się 7 osób:

-Elvis, lat 13. Ma trudna sytuacje w domu. Na próbach, kiedy nie jest na scenie, często przysypia. Możliwe, że sporo pracuje i pomaga w domu. Mimo, że zawsze mówi koleżankom, ze przyjdzie na próbę, trzeba po niego przychodzić osobiście.

-Maohly, lat 13. Po rozdaniu ról (a ma grać prawie główniaka), zmienia decyzje. Chce zostać Ewą, ponieważ Adam (czyli Elvis) czule dotyka swoja rajska żonę po policzku. Potrzeba miłości jest międzynarodowa 😉

-Genesis, lat 13. Na każdej próbie robi sobie krzywe i czasami wydaje z siebie odgłosy jak fujarka.

-Allison, lat 13. Zupełnie niepozorna, drobniutka dziewczyna. W trakcie prób odwala jednak kawał dobrej roboty i ostatecznie staje się gwiazdą wieczoru.

-Armando, lat 23. Mieszka z nami (tak jak dwie Jenny i Gloria – wszyscy odbywają praktykę w domu opieki). Ciągle się z czegoś śmieje. Podobno ma 7 dziewczyn 🙂

-Jenny, lat 23. Do wszystkich mówi : moja córko, lub mój synu. Ale taki zwrot tutaj jest bardzo popularny i pieszczotliwy (mężowie do żon tez tak mówią)

– Gloria, lat 31. Fajna babka, bardzo delikatna na scenie. Ale momentami nie wie co się dzieje i co ma robić. Po premierze, każe mi powiedzieć, że szuka męża 🙂

W naszej sztuce na początku był chaos. I słowo to świetnie opisuje w jaki sposób powstawało to przedstawienie. Nie wspominam tu już nawet o powszechnych spóźnieniach (ale tutaj wytrenowana przez TYTUTERAZA mego kochanego miałam już doświadczenie), ale prawie do końca, aż do próby generalnej nie było wiadomo, czy na pewno dojdzie do premiery. Doszło! Odbyła się 22 listopada 2009 roku J Was także, choć jedynie fotograficznie, zapraszamy do obejrzenia naszej, ekwadorskiej sztuki:

Z sama premiera tez było mnóstwo wątpliwości. Czy ludzie dopiszą – czy będzie ją dla kogo wystawić? Czy ten symbolizm trafi do tutejszych mieszkańców, którzy jednak są rożni od nas (np. w dniu premiery, której zresztą towarzyszył ulewny deszcz, jeden widz podszedł do mnie i zapytał, gdzie może napić się wody z deszczu).

Oczywiście ze względu na spóźnialskich musieliśmy zacząć 25 minut później. Aktorzy poddenerwowani czekaniem. Chwytam za mikrofon i zapowiadam sztukę po hiszpańsku. Poszło…

Po spektaklu brawa. Widzowie chwytają za mikrofon. Dziękują publicznie za to wydarzenie, mówiąc że nigdy jeszcze czegoś podobnego nie doświadczyli. Dziękują za przesłanie. Mają nadzieję, że może jeszcze kiedyś przyjedziemy i zrobimy coś takiego ponownie.
Rodzice Genesis zaprószają całą naszą 9-osobową ekipę następnego dnia na kurczaka do swojej restauracji. Jakaś dziewczyna podchodzi i pyta się czy następnego dnia tez są zajęcia teatralne o 16.00 – to najlepsze brawa jakie dostaliśmy.

A tuz po premierze wielki bankiet, na którym nasze ulubione ciasto (dzięki ciociu Ewo za przepis!) „3bit” robi swoja karierę podobną do naszych aktorów po spektaklu:) I jedną blachą udało się poczęstować około 30 osób! Bo cuda się zdarzają, jeśli się im pomaga 🙂

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *