zAMORa-czyli o spotkaniu z polską curą.

– ?Buenos Dias! Si estoy hablando con el Padre Stanislaw Wrobel?
-Si!
-Ufff! Hola! Szczęść Boże! Z tej strony Karina Stencel. Od pięciu miesięcy podróżujemy z mężem…
-A skąd Ty dzwonisz? Z Polski?!
-Nie. Podróżujemy po Ameryce Południowej, jesteśmy teraz w Ekwadorze i chcielibyśmy się bardzo spotkać z księdzem…
– A gdzie dokładnie jesteście?
– W Loja!
– W Loja?! Ja tez jestem teraz w Loja!! Ale jakbyśmy mogli się spotkać?
– To może byłoby lepiej, gdybyśmy się u księdza w Zamorze na spokojnie spotkali?
– Oczywiście! Tylko nie chcę, żebyście mi z Loja uciekli – zabieram Was ze sobą!

Ksiądz Stanisław Wróbel – charyzmatyczny, z dużym poczuciem humoru i swobodą obcowania z ludźmi. Wśród parafian ma opinię bardzo obrotnego i pracowitego. Od ponad dwudziestu lat pełni posługę misjonarska w Ekwadorze. Do wyboru miał jeszcze Grecję, ale stwierdził, że tam to sobie może taksówką dojechać.

Języka hiszpańskiego zaczął się uczyć w samolocie do Ekwadoru. A po dwóch miesiącach pobytu w Ameryce Południowej został młodym proboszczem! Wybudował uroczy kościół (grają w nim polskie dzwony), a przy nim stworzył dom opieki dla osób starszych i niepełnosprawnych. Czyż nie rośnie w Was duma, że mamy takiego rodaka?

My w każdym bądź razie jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego splotu losów i szlaków (Księże Jarku – raz jeszcze wielkie dzięki za załatwienie nam kontaktu!). Po dwudniowym pobycie w Zamorze – czasie poświęconym na modlitwę, ale także rozmowy wszelakie, zwiedzanie miasteczka i okolicznego Parku Narodowego, postanowiliśmy wyruszyć dalej w drogę. Ksiądz Stanisław prawie nie wypuścił nas ze swoich gościnnych progów – zachęcał abyśmy zostali przez miesiąc i odpoczęli. Jednak pożegnaliśmy się z trudem i stanęliśmy przy drodze wyciągając kciuka.

Tydzień później wróciliśmy. Na miesiąc. Z nadzieją nie tyle na odpoczynek, co możliwość służenia innym. Zamieszkaliśmy w przytulnym pokoiku w domu opieki w jednym budynku z trójką studentów-praktykantów pedagogiki specjalnej i rehabilitacji, i podjęliśmy nowe wyzwanie w naszej podroży…

P.S. Cura (czyt. kura) w języku hiszpańskim oznacza księdza 🙂

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *