Pouczająca lektura o tym, dlaczego nie należy straszyć ptaków drapieżnych.

Pogranicznika po ekwadorskiej stronie granicy musieliśmy obudzić. Wbił nam pieczątki i chciał zarekwirować paszporty do czasu przyjazdu ranchero (busa), ale po krótkiej sprzeczce odzyskujemy paszporty i zabieramy się szybciej collectivo.

Po drodze przesiadamy się na autobus do Loja, prosząc o wysadzenie po drodze w Vilcabambie. Niestety, zapomina i gdy budzimy się godzinę drogi za Vilcabambą mówi nam, że za niewielką dopłatą możemy dojechać do Loja. Jest mocno zdziwiony, gdy mówimy, że chcemy wysiąść natychmiast – wieczorem, w środku pola. Dla nas bomba – pierwszą noc w Ekwadorze spędzamy pod namiotem.

Następnego dnia rano docieramy w końcu do malej miejscowości Vilcabamba. Słynie ona z tego, że podobno jej mieszkańcy są długowieczni. Mimo, że przeprowadzone w tej sprawie badania zanegowały tę teorię, to we wiosce nadal można znaleźć plakaty przedstawiające jej rzekomo długowiecznych mieszkańców – np. uśmiechnięty pan Ramuel Sanchez, lat 96, z cygarem w buzi. Poza tym Vilcabamba jest jednym z głównych miejsc odwiedzanych przez Gringos w Ekwadorze. Jest na tyle popularna, ze wielu z nich kupuje w okolicy ziemie i stawia domy. Fakt, że walutą Ekwadoru jest dolar amerykański dodatkowo ułatwia decyzję o przeprowadzce.

Vilcabamba oraz Loja są potencjalnymi bazami wypadowymi do Parku Narodowego Podocarpus. I to właśnie z Loja, po spędzeniu paru dni w Vilcabambie udajemy się do tzw. Zona Altu Parku. Pierwszego dnia po pokonaniu 8 km pieszo dochodzimy do pustego schroniska.

Wlasciciele nie zostawili jednak obiektu bez ochrony – potężny drapieżny ptak-nielot waruje w jego pobliżu i, co najlepsze, w ogóle się nas nie boi! Wręcz przeciwnie, w momencie w którym próbuję namówić go, aby rozpostarł skrzydła do zdjęcia, rzuca się na mnie z pazurami! Uciekam co sił, ale widzę, że mnie goni! Uff, na szczęście dał sobie spokój po paru metrach… Karina, najpierw słysząc, a potem widząc całą sytuację, wybucha niekontrolowanym śmiechem, którego nie może stłumić przez dobre 15 minut…

Tak, śmiechem! Mógł mi oczy wydrapać drań jeden (gdyby doskoczył), a ona ma ubaw po pachy! Ale po chwili i mi udziela się komizm całej tej sceny i razem zalewamy się łzami ze śmiechu.

Następnego dnia ruszamy na jeden z dwóch szlaków w parku – 14-kilometrowa trasa prowadzi do jeziorek przez las mgielny. Można w ich okolicy napotkać tapiry górskie i niedźwiedzie andyjskie – z moim szczęściem najprawdopodobniej zostaniemy przez nie zaatakowani.

Po całym dniu marszu do jezior i z powrotem nie udaje nam się jednak zobaczyć żadnych pozostałych przedstawicieli fauny wartych odnotowania. Trzeciego dnia w porannej mgle opuszczamy park Podocarpus.

Dziękujemy za przeczytanie kolejnej relacji z serii „Przyroda naprawdę próbuje Cię zabić¨.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *