Cuenca i okolice.

Cuenca to bardzo ładne miasto z kolonialnym, zabytkowym centrum z brukowanymi uliczkami i licznymi kawiarniami. Wizytówką miasta jest katedra z niebieskimi kopulami mieszcząca się przy głównym placu, chociaż inne kościoły też robią wrażenie. Jest dużo muzeów, my zaszliśmy na wystawę typowych ekwadorskich kapeluszy zwanych kapeluszami Panama, choć nigdy nie były one produkowane w tym kraju. Miejsce okazało się bardzo ciekawe, przewodnik pokazywał i uruchamiał kolejne maszyny do wyrobu tychże kapeluszy. Pierwszym etapem produkcji jest jednak cały czas ich ręczne wyplatanie. Cena kapelusza waha się w zależności od jakości – od 15-20 dolarów aż do kilkuset! Najlepsze, najbardziej gęsto tkane kapelusze podobno można zwinąć w cienki rulon, przewlec przez pierścionek i rozwinąć ponownie bez jakichkolwiek śladów wgnieceń.

Trafiliśmy tez przypadkiem na bardzo osobliwa wystawę z eksponatami związanymi z…hmm, powiedzmy, że fani ciężkiej muzyki metalowej czuliby się tam jak u siebie w pokoju – mroczne obrazy na ścianach, rzeźby demonów, gilotyny, czaszki, itp.

Ciekawym doświadczeniem była tez wizyta na mercado (hali targowej), która wydała nam się dużo lepiej zorganizowana niż te, które widzieliśmy w Peru. Czymś nietypowym wydały się nam w takim miejscu ruchome schody.

Cuenca stała się dla nas baza wypadowa na 2 trzydniowe trekkingi – do Parku Narodowego Cajas i do inkaskich ruin w Ingapirce.

Park narodowy El Cajas słynie z ogromnej ilości jezior. Na jego stosunkowo niedużym obszarze znajduje się ponad 230 jezior o powierzchni przekraczającej 10 hektarów. Aby zobaczyć pierwsze z nich, można nie zbaczać z asfaltowej drogi krajowej przecinającej park. W trakcie naszej trzydniowej wędrówki prawie nie było momentu, aby nie było widać jakiegoś zbiornika wodnego.

Pogoda nam dopisała połowicznie – do południa było słonecznie, po południu przychodziła mgła, deszcz i grad, znacząco utrudniając nawigacje po prawie nieoznakowanych ścieżkach (a czasem po braku ścieżek). Orientacyjnie był to jeden z trudniejszych trekkingów, które zrobiliśmy. Przemoczeni i usatysfakcjonowani, wróciliśmy do Cuenci by zdążyć na zaplanowana wizytę u dentysty (leczenie kanałowe…) i jeszcze tego samego dnia wyruszyć na kolejna wędrówkę , tym razem do największych inkaskich ruin w Ekwadorze – do Ingapirca. Ścieżka tam wiodła przez pastwiska, wysokie góry a nawet wąskie skalne korytarze, przez które musieliśmy przeciskać się z plecakami.

Po raz kolejny zrozumieliśmy, że droga czasem może być celem samym w sobie. Gdy trzeciego dnia około południa dotarliśmy w końcu na miejsce, machnęliśmy ręka na wejście na teren ruin i zrobiliśmy kilka zdjęć zza ogrodzenia – i tak widzieliśmy wszystko jak na dłoni.

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *