Kazachstan

Gdy pod koniec 2012 roku, wbrew przewidywaniom Majów, świat się nie skończył, i urodził się nasz synek Antoś, wiedzieliśmy jedno – będzie miał z nami przerąbane…  Gdy skończył siedem miesięcy, pojechał w swoją pierwszą zagraniczną podróż – na Zakaukazie. Przez sześc tygodni Antoś zwiedzał z nami Gruzję, Armenię oraz Górski Karabach. To tam właśnie zyskał swój podróżniczy pseudonim „Kartoszka”, bowiem prawie za każdym razem, gdy ludzie dowiadywali się jak ma na imię, zaczynali nucić popularną w ZSRR piosenkę „Antoszka, Antoszka, dawaj pajdziom kopać kartoszku…”

Okazało się, że piosenkę pamiętają również w Kazachstanie i Kirgistanie, do których wybraliśmy się wspólnie rok później. Naszą opowieść rozpoczniemy w byłej stolicy kraju – Ałmaty. Do 1993 roku, czyli do uzyskania przez Kazachstan niepodległości, funkcjonowała dawna nazwa Ałma-Ata, co można przetłumaczyć jako „ojciec jabłek”, miasto i okolice słynęło bowiem z osiągających ogromne rozmiary dzikich jabłek. Dziś jednak próżno szukać owocowych sadów w mieście – zostały wycięte pod nowe inwestycje tego prężnie rozwijającego się, półtoramilionowego miasta.

W Ałmaty poznajemy polaka, pana Konstantego Guzowskiego, który świetnie mówi po polsku, chociaż ojczyzny nigdy nie odwiedził… Pomimo słusznego już wieku pan Konstanty zachował niebywałą wprost kondycję fizyczną – w końcu przez wiele lat był alpinistą, w okolicznych górach szkolił nawet żołnierzy.

Właśnie – góry. Ałmaty jest nimi otoczone. Razem z panem Konstantym wybieramy się kolejką górską na położoną na 3000 m n.p.m przełęcz Talgar, z której następnie wchodzimy na pobliski szczyt – Czimbulaczkę. Zdobycie pierwszego trzytysięcznika w życiu Antka nie robi jednak na nim wrażenia – Antoś całą drogę przespał w nosidełku. Na szczęście byliśmy wszyscy już zaaklimatyzowani, więc ryzyko zachorowania na chorobę wysokościową było minimalne.

Będąc w byłej stolicy warto również wybrać się nad Wielkie Jezioro Almatyńskie. Ten położony na wysokości powyżej 2000 m zbiornik wodny jest największym źródłem wody pitnej dla miasta. Nie bez powodu zatem strzeżony jest przez wojskowych, którzy niestety wymuszają czasem łapówki od turystów pragnących zobaczyć jezioro z bliska.

Na południowy-zachód od Ałmaty znajduje się Szymkient. Same miasto może nie jest zbyt atrakcyjne, ale stanowi dobrą bazę wypadową do najważniejszego zabytku Kazachstanu – mauzoleum Chodży Ahmada Jasawiego, twórcy pierwszego centrum nauki sufickiej w Azji Środkowej. Budynkowi architektonicznie blisko do zabytków z Samarkandy czy Buchary w sąsiednim Uzbekistanie i nic dziwnego – mauzoleum zostało w zbudowane na rozkaz samego Tamerlana, jednego z najwybitniejszych wodzów azjatyckich w historii. Sam Tamerlan dopełnił żywota w położonym o 50 km od Turkiestanu mieście Farab, niegdyś ważnym ośrodku handlowym na jedwabnym szlaku. Dziś znajdują się tam jedynie ruiny, do których trafiają nieliczni turyści.

W Szymkiencie ugościła nas w ramach couchsurfingu bardzo sympatyczna Maral, która przez 10 lat mieszkała w Polsce i świetnie mówiła w naszym ojczystym języku. W jej przytulnym mieszkanku spędziliśmy 2 dni, w trakcie których Maral pilnowała, aby niczego nam nie zabrakło.

Spotkanie z Maral było okazją dla niej do wspomnień z pobytu w Polsce. Niestety, obraz Polaków jaki się rysuje z jej opowieści nie jest zbyt różowy. Posiadająca typową kazachską urodę, Maral często padała ofiarą agresji słownej ze strony Polaków. Smutno nam się zrobiło słuchając tej opowieści i wstydziliśmy się za rodaków.

Z Szymkientu wracamy na północ, kierując się do Parku Narodowego Altyn Emel. Obszar jaki zajmuje park jest ogromny – prawie 4600 km kwadratowych. To dla porównania czterokrotność powierzchni Hongkongu. Większość tego obszaru to step, choć są też szczególne miejsca takie jak czerwone skały pochodzenia wulkanicznego Katutau, czy wielokolorowe góry Aktau, u podnóża których parę lat temu utopiła się rodzina rosyjskich turystów. Jest to dość szokujące, biorąc pod uwagę że w promilu kilkunastu kilometrów nie ma żadnej rzeki ani zbiornika wodnego. Rodzina ta zatrzymała się jednak na nocleg w kanionie, który w ciągu kilkunastu sekund zalany został okresową rzeką, powstałą w wyniku gwałtownego opadu deszczu. Od tej pory po parku można poruszać się wyłącznie z wynajętym przewodnikiem.

Wizytówką parku Altyn Emel jest mierząca 120 m i długa na 2 km śpiewająca wydma. Odgłos jaki wydaje przemieszczający się pod wpływem wiatru lub ludzkich kroków piasek bardziej niż śpiew przypomina jednak warkot silnika. Co ciekawe, do tej pory naukowcy nie przedstawili jednoznacznego wyjaśnienia tego zjawiska. Legendy również nie prezentują spójnego obrazu – według jednej z nich pod wydmą spoczywają niemogący zaznać spokoju na tamtym świecie mongołowie ze swym przywódcą Czyngis-chanem, według innej pod zwałami piasku drzemie sam zły duch Shaitan, od czasu do czasu pochrapując.

W trakcie naszego pobytu w Kazachstanie bardzo pragnęliśmy zobaczyć porównywany z Wielkim Kanionem Kolorado kanion rzeki Szaryn i przylegającą do niego Dolinę Zamków, jednak pojawił się problem z transportem. Do tej pory poruszaliśmy się lokalnym środkami transportu takimi jak pociąg czy marszrutki oraz autostopem (m.in. do położonej w PN Altyn Emel wioski Bashi, do której nie kursują żadne autobusy), ale żeby dotrzeć do początku kanionu od asfaltu należało pokonać 15 km drogi w stepie. Wpadliśmy więc na pomysł, aby wybrać się tam w ramach zorganizowanej wycieczki dla „lokalsów” z Ałmaty i tak niedzielnym rankiem, wraz z grupą około pięćdziesięciu Kazachów na pokładzie rozklekotanego autokaru, udaliśmy się w kierunku kanionu.

Dolina Zamków znajduje się ok 200 km na wschód od Ałmaty. I choć nie byliśmy nigdy w Kolorado i nie wiemy, czy rzeczywiście można te dwa miejsca ze sobą porównać, to na pewno kanion rzeki Szaryn i jego okolica zrobiła na nas ogromne wrażenie i to był jeden z tych momentów, gdy żałowaliśmy, że nie mamy własnego auta, aby zatrzymać się tam na dłużej.

Wybierając się na wycieczkę obawialiśmy się, czy Antek nie stanie się „maskotką wyjazdu” i czy nie będzie tarmoszony, zagłaskiwany i zacałowywany przez pozostałych uczestników, ale Kazachowie na szczęście okazali się pod tym względem dużo bardziej powściągliwi niż mieszkańcy Zakaukazia.

Ostatnim punktem programu były jeziora Kolsaj położone mniej więcej 100 km na południowy-wschód od kanionu. Żeby nie nadrabiać drogi, postanowiliśmy poprosiliśmy kierowcę autokaru, aby wysadził nas w drodze powrotnej przy asfalcie, wzbudzając tym samym przerażenie u współpasażerów. Zostaliśmy sami na zupełnym pustkowiu z ogromnym plecakiem, wózkiem i nosidełkiem. Na szczęście szybko złapaliśmy pierwszą okazję, potem drugą i jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, dotarliśmy do schroniska położonego nad pierwszym jeziorem.

Gdy następnego dnia rano wyszliśmy przed schronisko, widok zwalił nas z nóg – pierwsze jezioro Kolsaj nie zawiodło naszych oczekiwań. Otoczone górami i świerkowymi lasami przypominało najpiękniejsze tatrzańskie stawy, ale bez tłumów turystów dookoła. Wędrówka do kolejnych dwóch jezior, choć długa, nie była męcząca, bo nie mogliśmy się doczekać, aż w końcu je zobaczymy. I każde kolejne jezioro wydawało się nam piękniejsze i bardziej dzikie od poprzedniego.

Kolsaj to był nasz ostatni punkt programu w Kazachstanie, w którym spędziliśmy ponad 3 tygodnie. Przez przejście graniczne w Karakarze dotarliśmy do Kirgistanu, w którym podróżowaliśmy przez kolejny miesiąc…