Indie

Od jakiegoś czasu marzyła nam się z Kariną podróż do Indii. Byliśmy jednak ograniczeni terminem podróży do naszego lata, a lipiec i sierpień to przecież najbardziej deszczowe miesiące w Indiach ze względu na opady monsunowe. Jest jednak jeden region w Indiach do którego monsun teoretycznie nie dociera – kraina Ladakhu, stanowiąca zachodni kraniec Wyżyny Tybetańskiej. Mekka dla miłośników wielodniowych górskich wędrówek – czyli dla nas! Spakowani na ponad dwa miesiące ruszyliśmy tam pod koniec czerwca 2011 roku.

Po pierwszych dniach w Delhi, w trakcie których przeżyliśmy najsilniejszy jak dotąd szok kulturowy, udaliśmy się na Shrinagaru w Kaszmirze, w którym zostaliśmy ugoszczeni w domu spotkanego w podróży człowieka. Następnie wybraliśmy się na tydzień w góry celem przejścia Harimukh Alpine Lakes Trek, po czym trafiliśmy do Leh – stolicy Ladakhu.

Przez kolejny miesiąc Leh stało się dla nas bazą wypadową na wielodniowe trekkingi – na ponad dwutygodniowy marsz z Lamayuru przez Padum do Darcha oraz na wejście na kawał góry – Stok Kangri (6 137 m n.p.m.), a także liczne wycieczki do malowniczych klasztorów. W Leh spotkaliśmy naszych starych, dobrych znajomych z Ameryki Południowej – Asię i Łukasza, z którymi spędziliśmy kilka dni razem, odwiedzając między innymi jezioro Pangong Tso oraz dolinę rzeki Nubry.

Z Leh wydostaliśmy się autostopem zmierzając na ostatni w tej podróży po Indiach trekking – 10-dniową trasę w regionie zwanym Rupshu wzdłuż słonych jezior Tso Kar i Tso Moriri do miejscowości Kibber, pokonując na własnych nogach najwyższą jak dotąd przełęcz – położoną na 5580 m n.p.m. Parang La.

Z Kibber dostaliśmy się do Kazy i opuściliśmy Himalaje, zostawiając sobie na koniec kilka turystycznych „must-see” takich jak Shimla, Manali, Agra i Waranasi.

Karina wróciła do Polski, a ja udałem się samotnie na półtora miesiąca do Nepalu.