Peru

Fragmenty opatrzone kursywą pochodzą z lat 2009-2010, pierwotnie opublikowane zostały na naszym pierwszym blogu pisanym na gorąco z podróży. W relacji znajdziecie też linki odsyłające do wybranych wpisów ze starej strony, nieznacznie poprawionych, głównie pod kątem błędów gramatycznych i ortograficznych.

6 maja 2009 po raz pierwszy w życiu postawiliśmy stopy na kontynencie Ameryki Południowej. Późny wieczór, lotnisko w Limie… zaczęła się nasza najdłuższa jak dotąd podróż, zakończona 14 miesięcy później. Ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy – przyjechaliśmy wszak z biletami w jedną stronę…

Trochę wystraszeni przestrogami o fałszywych taksówkarzach dość niepewnie wsiedliśmy do jednej z nich. Przeżyliśmy – choć ruch uliczny jest tutaj bardzo podobny do syryjskiego, wiec znów musimy przestawić nasza czujność na tryb arabski.

Do dziś pamiętam te emocje. Ściskałem kurczowo scyzoryk w ręku, jak gdyby miał mi on cokolwiek pomóc w razie napadu z bronią w ręku. Przed wyjazdem, w ramach przygotowań, naczytaliśmy się różnych relacji o porwaniach i napadach w Ameryce Łacińskiej. Czy warto było się tak stresować? Dzisiaj powiedziałbym tak: trzeba zachować proporcje – nie należy panikować, szanse że coś nam się przydarzy są nieduże, ale jednocześnie poznać specyfikę odwiedzanego przez nas regionu, w tym rodzaju przestępczości z jaką możemy się spotkać.

Naszym pierwszym gospodarzem i przewodnikiem po południowoamerykańskim świecie był poznany za pośrednictwem portalu couchsurfing Rafael. W trakcie całej podróży korzystaliśmy z couchsurfingu kilkakrotnie i praktycznie wszystkie doświadczenia były pozytywne – poznaliśmy inspirujących ludzi, którzy nierzadko zabierali nas w ciekawe miejsca pominięte w przewodnikach.

Ponad miesiąc spędziliśmy w Arequipie, gdzie sfrustrowani naszą żałosną znajomością hiszpańskiego zapisaliśmy się na kurs języka hiszpańskiego. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z naszym nauczycielem i jego rodziną, w domu której zresztą wynajęliśmy pokój. Karina zorganizowała sobie też pierwszy wolontariat z osobami niepełnosprawnymi.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto w Peru, liczące prawie milion mieszkańców, ale w ogóle tego nie odczuwaliśmy. Może to przez jego niewysoką zabudowę, zwłaszcza w historycznym centrum. Naszym zdaniem jest to jedno z najładniejszych miast w Ameryce Południowej, z wspaniałymi widokami na ośnieżone szczyty Chachani i wulkan El Misti. Na tę drugą górę udało się nam nawet wejść. Będąc w samym mieście warto odwiedzić kolorowy monastyr Santa Catalina oraz „muzeum mumii”, gdzie zobaczyć można zmumifikowane zwłoki złożonych w ofierze Inków. Z kolei jedną z głównych atrakcji w okolicy jest uznawany do niedawna za najgłębszy na świecie kanion Colca, w którym przeżyliśmy spotkania pierwszego stopnia z kaktusami.

Nasza podróż to nie jednak nie tylko ciągłe zmagania z fauną i florą kontynentu, ale codzienne zdumienia nad otaczającą nas miejską rzeczywistością:

Dźwięki, które dochodzą z ulicy to prawdziwa ciekawostka. Jeśli usłyszysz odgłos uderzanego patykiem metalu to znaczy, że mleczarz czeka pod Twoimi drzwiami ze świeżutkim mlekiem. Dźwięk fletu to niestety nie oznaka romantycznej serenady pod oknem, tylko znak, że gdybyś chciał naostrzyć swoje noże to na dole czeka na ciebie pan z ostrzałką. I wreszcie jeśli usłyszysz elektroniczny fragment „Dla Elizy” lub inny kawałek muzyki klasycznej, to znaczy że śmieciarz wraz ze swoja śmieciarką czekają z upragnieniem na Twoje odpady…

Z Arequipy udaliśmy się do Cusco, gdzie spędziliśmy w sumie miesiąc odkrywając same miasto i okolicę. Udało nam się samodzielnie pokonać ok 60-kilometrowy szlak wokół świętej góry Ausangate i wraz z arriero (przewodnikiem i poganiaczem koni w jednym) dotarliśmy do ruin Choquequirao i Vilcabamby – ostatniej stolicy Inków.

Wybraliśmy się też na 3-dniowy zorganizowany rafting na rzece Apurimac. I choć nasz budżet odczuł to dotkliwie (150 dolarów od osoby), nie żałowaliśmy ani złotówki – fantastyczna przygoda na dzikiej rwącej rzece, na której pokonywaliśmy nawet szóstkowe trudności!

Z Cusco ruszyliśmy po raz pierwszy w tej podróży autostopem, co opisaliśmy dość szczegółowo tutaj.

Po dotarciu do Pucallpy zaokrętowaliśmy się na łodzi do Iquitos. Przed nami była pierwsza prawdziwa przygoda w dżungli.

Miesiąc później wylądowaliśmy w Huaraz – bazie wypadowej w masywy Cordillera Huayhuash Cordillera Huayhuash  oraz Cordillera Blanca. Karina zrealizowała też kolejny wolontariat z dziećmi.

Ponieważ nasza nielegalna 160-dniowa wiza zaczynała dobiegać końca musieliśmy zacząć planować wyjazd do sąsiadującego Ekwadoru. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w fascynującym regionie Chachapoyas.