Kolumbia

Na przełomie 2009 i 2010 roku spędziliśmy miesiąc z hakiem w Kolumbii – kolejnym fantastycznym kraju w Ameryce Południowej po Peru i Ekwadorze, który odwiedziliśmy w ramach ponadrocznej włóczęgi po kontynencie.

Wiele osób uważa Kolumbię za kraj niebezpieczny, ale aktualna sytuacja w tym kraju nie ma nic wspólnego z narkotykową wojną domową z końca poprzedniego wieku. My przez większość czasu czuliśmy się tam absolutnie bezpiecznie, a ewentualne poczucie zagrożenia, które pojawiało się w większych miastach, nie różniło się niczym od tego z pozostałych krajów Ameryki Południowej.

Na naszej trasie znalazły się między innymi park archeologiczny w San Augustin, większe miasta – kulturalna Bogota oraz słoneczna Cartagena, zwane stolicą sportów ekstremalnych San Gil, a także przepiękny Park Narodowy Tayrona.

W Kolumbii Karina bardzo mocno zaczęła odczuwać tęsknotę za domem, czym podzieliła się we wpisie o m.in. hipopotamach i naszym pobycie na Playa Blanca.

Na wybrzeżu w niedużym miasteczku Taganga w okolicach Santa Marty zrobiliśmy kurs nurkowy PADI – skorzystaliśmy z tego, że było to ponoć jedno z najtańszych miejsc na świecie do zdobycia tego typu umiejętności i uprawnień.

Wybraliśmy się również w góry w masyw Sierra Nevada del Cocuy, gdzie spędziliśmy naszą pierwszą wigilię z dala od domu. Tak na starym blogu opisywała je Karina:

Tego Wieczora wyjęliśmy z dna mojego plecaka  jedzenie, pieczołowicie skrywane przed Marcinem przez kilka dni trekkingu. Przyrządziliśmy je na ognisku, nieopodal brzegu polodowcowego jeziora. W milczącej obecności gór, pod dachem naszego uczucia, pod dachem nieba i w cieple naszego namiotu podzieliliśmy się chlebem.

Na szlaku spotkaliśmy też Anioły:

Gdy się pojawia, nie towarzyszy mu oślepiający blask. Jego szata nie błyszczy bielą, a „eony jego włosów nie są spięte w pukiel niewinności”. Nie ma harfy ani złotej trąby, czasem może gryf gitary lub skrzypce wystają spod zarzuconego na siodło kożucha. Spod tygodniowego zarostu i zniszczonych zębów przebija się uśmiech. Patrzy na mnie trochę z politowaniem, ale życzliwie, jakby chciał zapytać „znowu się zgubiłeś?¨ i poklepać mnie po plecach.  Pasterz w Świdowcu, stary tramp w Bieszczadach… kolumbijski kowboj. Pojawia się w najmniej spodziewanym momencie, gdy na szlaku od kilku dni żywej duszy brak, gdy nie wiem, którędy dalej iść…

W Paraguachon przekroczyliśmy granicę z Wenezuelą i z poczuciem niedosytu pożegnaliśmy Kolumbię, mając nadzieję na powrót do tego ciekawego kraju.