Tanzania

„Kilimanjaro nie jest trudną górą” powtarzam sobie w myślach zasłyszane gdzieś słowa, już nie idąc, a wlokąc się na ostatnim odcinku 6-dniowego podejścia. Przystając co kilkanaście metrów wspieram się na kijkach i poddaję się odruchom wymiotnym organizmu. Nic jednak już nie wydostaje się na zewnątrz – resztki wody z układu pokarmowego zostawiłem jakieś 200 m niżej. Mniej więcej na wysokości Mount Blanc.

Pomysł wyprawy na najwyższą górę Afryki – Kilimanjaro z jej wierzchołkiem Uhuru Peak wznoszącym się 5895 m n.p.m pojawiła się w okolicach października ub. roku w głowie jednego ze członków sekcji wspinaczkowej Akademickiego Związku Sportowego przy UG i byłego drużynowego ZHR – Artura Kraszewskiego. Przy wsparciu znanego trójmiejskiego alpinisty Czesława Jakubczyka perspektywa wyjazdu stała się realna i szybko zebrała się spora grupa zainteresowanych, wśród których znalazłem się też i ja. Z wyprzedzeniem zostały zakupione bilety lotnicze i …

… wybuchły zamieszki w Kenii.

 „Ponad 300 osób zginęło, a 70 tysięcy musiało opuścić swoje domy na skutek zamieszek, jakie wybuchły w tym kraju po wyborach prezydenckich.”, „Tłumy z maczetami na ulicach Nairobi” – te i inne komunikaty prasowe docierały do nas codziennie na przełomie grudnia i stycznia. A z Nairobi właśnie mieliśmy przejechać jeszcze 200 km do granicy z Tanzanią. Nie biorąc jednak pod uwagę rezygnacji z naszych planów, odwołaliśmy bilety (z możliwością zwrotu pieniędzy w obliczu sytuacji wyjątkowej) i zakupiliśmy nowe na połączenie Londyn-Dar Es Salam w Tanzanii. Co prawda z przesiadką w Nairobi, ale założyliśmy, że lotnisko nie zostanie wzięte szturmem przez kenijskich wojowników.

W międzyczasie wyklarował się jasny podział uczestników na 2 grupy, które choć w podobnym terminie, działały niezależnie od siebie. Pierwsza 14-osobowa pod kierownictwem Czesława Jakubczyka, w skład której wchodził niewidomy Paweł Urbański oraz nasza 7-osobowa paczka w składzie: Artur Kraszewski, Jola Kańczugowska, Agata Ślimak, Agnieszka Leszczyńsk, Kasia Goszczyńska, Łukasz Łysek i ja. Podział pracy u nas wyglądał tak, że jedna osoba zajęła się kontaktem z agencją turystyczną, inna załatwianiem patronatów, biletami lotniczymi, przygotowaniem materiałów o wyprawie, a każdy we własnym zakresie starał się o sponsoring.

No hurry in Africa.

7. lutego 2008 r. popołudniu nasze sandały postawiły pierwsze kroki na gościnnej Tanzańskiej ziemi. Z lotniska w Dar es Salaam miał odebrać nas podstawiony przez agencje samochód, ponieważ ostatni bus do miejscowości Arusha – bazy wypadowej na Kilimanjaro odjechał przed południem. W wyniku małego nieporozumienia na transport musieliśmy jednak poczekać ok. 2 godzin. Nie udało się uniknąć nocnej jazdy samochodem, która w Tanzanii jest teoretycznie zabroniona, bowiem dystans do pokonania wynosił 600 km. Na miejsce noclegu dotarliśmy o 4.00 nad ranem, po dwóch dobach podróży, a już 6:00 byliśmy na nogach, przepakowując się na czekający nas trekking.

Informacje praktyczne

Najdroższe koszty wyprawy to przelot oraz agencja. Agencja teoretycznie nie jest obowiązkowa, ale załatwia za Ciebie wiele formalności takich jak znalezienie przewodnika (przebywanie na terenie parku jest możliwe tylko z przewodnikiem), rezerwacja i opłacenie wejścia do parku narodowego, transport do bramy parku. Poza tym jeśli zdecydujemy się na tragarzy (porterów) i kucharzy, pośrednictwo agencji jest konieczne, chyba, że mamy kontakt do obrotnego przewodnika – freelancera. Wyjdzie wtedy taniej bo agencja bierze prowizje, ale uwaga na naciągaczy! Czasem lepiej zapłacić 100 USD więcej i mieć spokojną głowę.

My zdecydowaliśmy się skorzystać z usług tragarzy i kucharza, kierując się 2 argumentami – po pierwsze za priorytet postawiliśmy sobie wejście na szczyt, a mając małe doświadczenie wysokogórskie nie wiedzieliśmy jak bardzo wyczerpujący okaże się dla nas proces aklimatyzacyjny. Po drugie – po przeliczeniu kosztów wyszło to prostu taniej, niż zakup jedzenia i gazu na miejscu. Dobra cena za 6 dniowy trekking na Kilimanjaro szlakiem Machame to 850-900 USD za „full service” (600 USD z tej kwoty stanowią opłaty parkowe – 100 dolców za dzień).

Zaczynamy.

Marsz zaczynamy po przekroczeniu bramy Kilimanjaro National Park na wysokości 1900 m n.p.m. W otoczeniu tropikalnej roślinności powoli zdobywamy wysokość. Liściasty las szybko się kończy, ustępując karłowatej roślinności, przypominającej kosodrzewinę (tylko liściastą ;)). Pomimo zmęczenia po nieodespanej podróży idzie się przyjemnie. Pierwszy nocleg mamy na wysokości 3100 m n.p.m w Shira Camp.

Kolejny dzień to 700 m przewyższenia. Roślinność staje się coraz bardziej uboga i występuje w rzadszych skupiskach. Z obozu widać pięknie cały masyw Kilimanjaro. Ponieważ godzina jest jeszcze wczesna, wybieramy się powspinać na okolicznych skałkach (a przynajmniej Ci, co wzięli buty…) oraz pochodzić po okolicy. Jeśli chodzi o mnie, to mam pierwsze lekkie zawroty głowy od wysokości, po reszcie nic nie widać.

Bolesna aklimatyzacja.

Zasada aklimatyzacji w wysokich górach jest prosta – aby przyzwyczaić organizm wchodzisz jak najwyżej, śpisz jak najniżej, przy czym najlepiej, gdy różnica wysokości w trakcie wchodzenia nie przekracza 800-900 m. Dlatego trzeciego dnia wchodzimy na Lava Tower na wysokości 4500 m n.p.m i schodzimy na 3950 do Barranco Camp. W czasie zejścia po raz pierwszy zaczynam wymiotować. Arturowi też jest trochę gorzej, natomiast dziewczyny i Łukasz czują się świetnie. Po dotarciu do obozu jemy obiad i próbujemy zasnąć. Sen jest płytki, przeplatany różnymi dziwnymi projekcjami w głowie z pogranicza jawy i snu.

Aklimatyzacja zdobyta trzeciego powoduje, że wędrówka czwartego dnia mija wszystkim bez problemu. Jest to dodatkowy dzień aklimatyzacyjny – standardowe wejście sześciodniowe zakłada, że tego dnia podchodzi się do ostatniej bazy pod Kili na wysokości na 4500 m (Barafu Camp). My decydujemy się na wcześniejszy nocleg tak, żeby przespać się po raz czwarty na wysokości nie przekraczającej 4000 m. Droga do bazy to dla nas jedyny moment w trakcie całego podchodzenia na skręcenie i schowanie kijków trekkingowych, utrudniających utrzymanie równowagi w niektórych miejscach. Nie ma przepaści, ale upadek gdzieniegdzie może grozić poważną kontuzją. Dla przewodników i tragarzy jest to moment, w którym czasem wyjmują ręce z kieszeni 🙂

Dobór ubioru.

Do momentu dotarcia do Barafu temperatura powietrza w ciągu dnia nie schodziła poniżej 10 stopni Celsjusza i nie spadły żadne opady. Za okrycie wierzchnie wystarcza oddychająca bielizna, dobrze wentylowany windstopper albo lekki polarek i przewiewne, szybkoschnące spodnie. Na atak szczytowy należy ubrać się już ciepło. JAK ciepło to już pytanie bardzo indywidualne – istotnym czynnikiem jest tempo marszu. Może padać śnieg albo grad, dlatego należy mieć ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Temperatura na szczycie o poranku wynosi od –10 do –20 stopni. Przyznam szczerze, że znacznie bardziej ekstremalnych warunków doświadczyłem zimą na Babiej Górze 🙂 (śnieżyca, -17 st. i wiatr 50km/h).

Na szczyt wyrusza się o północy i jest to zdecydowanie najtrudniejszy etap. Do pokonania mamy ponad 1300 m stromego przewyższenia. Wchodzimy po ciemku, widząc tylko wężyk czołówek przed i za nami (prawie jak na Harpaganie ;)).

Smak wielkiej góry.

Jeśli do ostatniego obozu nie odczuliśmy skutków choroby wysokościowej to nic straconego – tutaj najprawdopodobniej nas dopadnie. Dla jednych będzie to jedynie ciśnienie w uszach, dla innych (w tym dla mnie) – przyśpieszony i płytki oddech (powietrze jest rozrzedzone, a płuca próbują dostarczyć zwiększoną ilość tlenu do krwi), zawroty głowy, chwiejny chód no i wymioty. Poza piciem dużej ilości wody, na inne objawy nie ma rady – trzeba się zawziąć i iść. W końcu po 6-7 godzinach marszu w trzech różnych grupkach nasza 7-osobowa ekipa dociera na dach Afryki – Uhuru Peak. Ja wraz z przewodnikiem przychodzę jako ostatni, ku zdumieniu i radości reszty, schodzącej już z szczytu (widząc mój stan pomyśleli, że nie dojdę). Wejściu towarzyszy wschód słońca i super widoczność na kilkaset kilometrów w dal na afrykańską sawannę. Majestat lodowca, mimo że z każdym rokiem topniejącego, jest wciąż ogromny.

Moja radość z wejścia jest ogromna, ale pełna świadomość dokonania przychodzi dopiero kilkaset metrów niżej. Na razie jest totalne otępienie i zdziwienie, że zaszedłem tak wysoko.

Wejście to dopiero połowa sukcesu.

Teraz z tych 5895 m trzeba zejść. Schodzimy, a w zasadzie zsuwamy się na dół po żwirze do obozu. Godzina snu, obiad i dalej na dół drogą Mweka. Po drodze krajobraz znowu staje się bardziej zielony, choć zejście nie jest dla nas zbyt widokowe. Może dlatego, że łapie nas ulewa z gradobiciem, nie robiąc sobie nic z tego, że panuje pora sucha. Planowo powinniśmy zejść do Mweka Camp na 3100 i tam spać, ale ponieważ do wyjścia z parku z tego miejsca są tylko 4 godziny, skracamy nasz trekking o jeden dzień. Mamy jeszcze siły, natomiast czasu na pozostałą część wyprawy już niezbyt dużo. Następnego dnia z rana zaczynamy już safari.

Pomimo, że Kilimanjaro nie jest trudną górą, nie należy jej pod żadnym pozorem lekceważyć (tak jak nie należy lekceważyć żadnych, nawet najniższych „kapuścianych” gór) – głównie ze względu na zagrożenia związane z wysokością.

Którędy na szczyt?

 Jeszcze parę słów o doborze trasy – dwie najbardziej popularne drogi to Marangu i Machame Route. Pierwsza została przez nas od razu skreślona ze względu na swój maksymalnie komercyjny charakter (jej inna nazwa to „Coca-Cola Route”) – schroniska po drodze, mało atrakcyjna przyrodniczo i widokowo, jednocześnie słaba aklimatyzacyjnie. Jeśli chcemy zrobić reportaż o tłumach japończyków zesłanych przez swoje korporacje na „team building” to proponuję zacząć właśnie tam. Droga Machame jest bardziej przyrodnicza, miała też być mniej uczęszczana niż Marangu, niestety proporcje się zmieniły.

W ciągu ostatnich 3 lat Machame Route stała się najczęściej wybieranym przez turystów trasą. Ilość turystów nie jest oczywiście porównywalna do ceprostrady na Morskie Oko, ale samotności nie doświadczymy. Alternatywą mogą być trasy Umbwe (niestety słaba aklimatyzacyjnie) i Rongai. Londorossi jest podobno długa i nieciekawa.

Jeśli mamy czas, to ciekawą propozycją na wypad przed Kilimanjaro jest 3-4 dniowy trekking na wygasły wulkan Meru, w trakcie którego obowiązkowa jest obecność uzbrojonego rangera do ochrony przed dzikimi zwierzętami. My niestety nie mieliśmy wystarczającej ilości czasu na tę przyjemność.

Zaczynamy safari.

Przed 10:00 pakujemy się do samochodu terenowego i ruszamy w stronę parku narodowego Lake Manyara. Do parku wjeżdżamy stosunkowo późno, bo ok. 15:00. Całe safari ma charakter samochodowy, wysiadanie z pojazdu jest dla turystów możliwe tylko w  wyznaczonych miejscach. Mamy jednak wyluzowanego przewodnika – z naklejką z Bobem Marley’em na przedniej szybie wozu i nie schodzącym z twarzy szerokim i szczerym uśmiechem, w swoim życiu realizuje tanzańskie motto życiowe: „Hakuna Matata” Tak więc nie dość, że pozwala nam w kilku miejscach wysiąść, aby zrobić ciekawsze zdjęcia, to dodatkowo nic nie robi sobie z dyndających z dachu nóg swoich pasażerów. Zgadza się też przedłużyć pobyt w parku poza określoną godzinę wyjazdową, dzięki czemu docieramy do niezwykle malowniczych gorących źródeł. Akurat nad jeziorem Manyara zachodzi słońce, rzucając różowy poblask, idealnie komponujący się z setkami, jeśli nie tysiącami, flamingów. Na miejsce noclegu wracamy już po ciemku, parę razy niemal wpadając na przebiegające przez drogę słonie i żyrafy.

Dlaczego jeszcze nie ma dwóch nosorożców?

Za cel drugiego dnia obieramy sobie powulkaniczny krater, który stał się ostoją dzikich zwierząt – Ngorongoro. Spotkamy tam głównie zwierzęta kopytne – zebry, bawoły, antylopy gnu i żyrafy, ale dla zachowania równowagi w przyrodzie oczywiście są też lwy i hieny. Niezwykle trudno jest spotkać nosorożce. Oprócz wymienionych zwierząt (nie licząc nosorożców) w obu parkach widzieliśmy jeszcze słonie, hipopotamy, guźce, różne gatunki małp, żółwia i dużo różnych ptaków (w tym bociany!).

Bardzo polecam wyprawę na takie safari, jest to niezapomniane. Niestety przejazdy autem, mimo, że w krótkim czasie pozwalają zobaczyć bardzo wiele, dość szybka stają się nużące, a przynajmniej takie zaczęły być dla nas od połowy drugiego dnia. Jednak pierwsze wrażenia pozostały bardzo silne.

Niespodziewany gość. 

Nasza wyprawa zaczęła zmierzać ku końcowi. W Dar es Salaam, największym mieście Tanzanii, spędziliśmy ostatnią dobę przed odlotem. Skorzystaliśmy z ostatniej okazji, aby zakupić pamiątki, wykąpać się w słonym oceanie i pobłąkać się trochę po mieście. Na nasze (nie)szczęście, tego samego dnia miasto to odwiedził nie kto inny, a sam George W(hatever) Bush, prezydent USA, powodując utrudnienia w poruszaniu się po ulicach.

Pożegnanie z Afryką.

17. lutego z okien samolotu machamy na pożegnanie Tanzanii i …. Agacie, która sama postanowiła zostać jeszcze przez ponad 2 tygodnie aby bardziej poznać ojczyznę niesamowicie przyjaznych i gościnnych ludzi, jakimi niewątpliwie są Tanzańczycy.