Stok Kangri – krótka relacja z wejścia na szczyt.

Po prawie trzech tygodniach w górach na trekkingu Lamayuru – Padum nadal nie mieliśmy dosyć i wybraliśmy się na jedną z najwyższych gór w okolicy – Stok Kangri (6153 m n.p.m) uznawaną za jeden z najłatwiejszych sześciotysięczników do zdobycia na świecie. Przed wyjściem wypożyczyliśmy raki i opłaciliśmy pozwolenie na wejście w wysokości 50 USD/osoby, które zostało sprawdzone pierwszego dnia na trasie.

Do bazy na wysokości ok. 5000 m n.p.m doszliśmy po dwóch dniach marszu. Trzeci dzień spędziliśmy aklimatyzując się w bazie i pokonując pierwsze kilkaset metrów w kierunku szczytu na niedużą przełęcz, z której mogliśmy zobaczyć lodowiec i drogę, którą mieliśmy pokonać następnego dnia w ciemnościach.

Wyjścia na szczyt, czyli tak zwane ataki szczytowe często zaczyna się w nocy z kilku powodów – przede wszystkim wraz z zejściem potrafią one zająć kilkanaście godzin i wyjście za późno może spowodować, że wracać będziemy po ciemku, a będąc zmęczonym po całym dniu marszu/wspinaczki łatwiej o dezorientację i popełnienie błędu, który może zakończyć się tragicznie. Kolejnym powodem może być rozmarzanie lodowca w ciągu dnia i w konsekwencji zwiększone ryzyko spadających na głowę kamieni czy osłabionych mostków śnieżnych nad szczelinami.

Ten drugi powód nie miał akurat zastosowania w przypadku Stok Kangri – przynajmniej w terminie, w którym my tam byliśmy (przypomnijmy, że był to lipiec 2011). Lodowiec był na tyle nieduży, że nie musieliśmy nawet zakładać raków. Po jego przejściu aż do ostatnich metrów nie mieliśmy styczności ze śniegiem. Wejście nie sprawiło nam technicznie większych trudności niż np. wejście na Babią Górę – powiedziałbym nawet, że wejście na Babią zimą w trudnych warunkach pogodowych było nawet dużo bardziej ekstremalnym przeżyciem. Oczywiście łatwość tę w dużej mierze zawdzięczaliśmy fantastycznej pogodzie i widoczności – wyobrażam sobie, że w złych warunkach atmosferycznych czy po prostu zimą Stok Kangri szybko zamienia się w niezłego „killera”.

Największą trudnością okazała się oczywiście wysokość – ból głowy, przyspieszony oddech i bicie serca powodowały, że ostatnie metry przed szczytem pokonywaliśmy zatrzymując się co kilka metrów, aby odpocząć. Nie było jednak momentów kryzysu czy załamania i ani przez chwilę w naszych głowach nie pojawiła się myśl o odwrocie, jak to zdarzało nam się parę razy przy wchodzeniu na inne wysokie góry (np. na Mont Blanc, Kilimandżaro czy El Misti w Peru). W promieniach słońca zdobyliśmy najwyższy jak do tej pory szczyt w naszej amatorskiej górskiej „karierze”, a widoki zrekompensowały wszelkie trudy wędrówki.

Podróż do Indii odbyliśmy w 2011 roku. Post oraz zdjęcia nie były wcześniej publikowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *