Bagan czy Pagan?

Z Monywa uciekł nam ostatni autobus, więc stopem dojechaliśmy do Pakokku – miasta, w którym w 2007 roku rozpoczęła się szafranowa rewolucja. Następnego dnia łodzią dotarliśmy do Nyaung U, bramy do najbardziej spektakularnego zabytku Birmy – Paganu (ang. Bagan). Jeśli słyszeliście kiedyś, że Birmę określa się krajem tysięcy pagód, to właśnie za sprawą tego miejsca. Na stosunkowo niedużym obszarze znajduje się ponad 2000 buddyjskich świątyń wybudowanych między XI a XIII w. n.e.

Idąc za radą tych, którzy byli tam przed nami, wypożyczyliśmy rowery. Niestety, nigdzie nie udało nam się znaleźć górali, więc były to zwykłe rowery miejskie z koszyczkami z przodu na bardzo cienkich oponach. Jak bardzo cienkich, przekonaliśmy się już pierwszego dnia, gdy po dwóch godzinach musieliśmy zarządzić odwrót ze względu na poprzebijane dętki.

– Spoko – powiedział chłopak z wypożyczalni. – Za godzinę będziecie mieli rowery z powrotem.

Po godzinie wraca i mówi, że jest gorzej, niż pierwotnie zakładał. W jednej dętce naliczył 18 dziur.

– No dobra, ale ile może zająć wymiana dętki? – pytamy.

– My ich nie wymieniamy, my je łatamy…

Przyznaję, że była to częściowo nasza wina. Zamiast trzymać się ubitych ścieżek, raz czy dwa razy zjechaliśmy między krzaczory, co niewątpliwie przyczyniło się do przedziurawienia opon.

Następnego dnia byliśmy już ostrożniejsi, a mimo to znowu poprzebijaliśmy opony, ponadto zablokowały mi się pedały. Za pomocą scyzoryka udało nam się odkręcić obudowę chroniącą zębatki i poprawić łańcuch, ale po paru metrach znowu się zablokował, aż w końcu pękł! Byliśmy kilka kilometrów za miastem i wizja pchania roweru z powrotem w tym upale nie napawała optymizmem. Na szczęście Piotrek, Pomysłowym Dudomirem zwany, miał ze sobą nie tylko scyzoryk, ale także 20 metrów linki, z pomocą której związaliśmy dwa rowery i przez dalszą drogę holowaliśmy się nawzajem.

– Co, znowu dziury? – z uśmiechem przywitał nas chłopak w wypożyczalni.

– Nie, łańcuch… – odpowiedziałem i wyjąłem łańcuch z plecaka.

Popatrzał z niedowierzaniem na łańcuch, potem na mnie i znowu na łańcuch, po czym bez słowa wskazał nam dwa najlepsze rowery stojące w kącie. Na zachód słońca zdążyliśmy w ostatniej chwili.

Następnego dnia łańcuch oczywiście był już naprawiony, dziury załatane i rowery gotowe do dalszej jazdy…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2012 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *