W poszukiwaniu anakond.

Bagienne niziny Los Llanos to jedno z najlepszych miejsc w całej Ameryce Południowej do obserwacji dzikiej przyrody, a w szczególności anakaond. Jest to również jeden z najmniej zaludnionych regionów Wenezueli będący domem dla llaneros – nieposkromionych i niereformowalnych kowbojów.

Optymalnym sposobem na dotarcie tutaj jest zorganizowane przez jedno z kilkunastu biur podróży w Meridzie czterodniowe safari, przy czym w rzeczywistości na samym Los Llanos spędzimy jedynie 2 pełne dni –  pierwszy i ostatni dzień poświęcony jest na dojazd i powrót. To oraz dość komercyjny charakter wycieczki samej w sobie, może zniechęcać.  Jednak my postanowiliśmy przymknąć oko na te niedogodności i skoncentrować się na najważniejszym aspekcie wyprawy – przyrodzie.

Safari to nie zoo, więc nie można oczekiwać gwarancji zobaczenia konkretnych gatunków zwierząt, ale w przypadku Los LLanos na pewno zobaczymy kapibary oraz kajmany – pierwsze sztuki zobaczyliśmy już pierwszego dnia tuż przy rancho na którym spaliśmy i to nie pojedyncze sztuki, ale dziesiątki!

Drugiego dnia rano wybieramy się łódką na rzekę Cano Guaretico. Znowu oglądamy mnóstwo kajmanów i kapibar, a także różne gatunki żółwi, w tym niezwykle rzadki i brzydki mata mata. To niesamowite zwierzę charakteryzuje się nienaturalnie wydłużoną, pokrytą brodawkami szyją.  Są też liczne gatunki ptaków m.in czaple i kormorany, które w poszukiwaniu ryb całkowicie się zanurzają nawet na kilkadziesiąt sekund.

Popołudniu ruszamy na poszukiwanie anakond. Polega ono na brodzeniu po kolana przy brzegu rzeki z długim kijem, którym sprawdza się dno. Gdy w końcu udaje nam się znaleźć jedno dziecko („tylko” dwa metry długości), nasi przewodnicy chwytają ją i pozwalają każdemu zrobić sobie zdjęcie z anakondą na szyi, jednak takie traktowanie dzikiego zwierzęcia budzi w nas niesmak i nie dołączamy się do sesji zdjęciowej. Wracając udaje nam się jeszcze z daleka zobaczyć mrówkojada.

Następnego dnia rano czeka na nas krótka przejażdżka konna i jeden z standardowych elementów każdej podobnej wycieczki – łowienie piranii. Tylko, że w przeciwieństwie do naszego poprzedniego wypadu do dżungli nie łowi się ich z głodu, tylko dla zabawy.

Kolejne popołudnie i kolejny wypad samochodem. Wjeżdżamy na teren należący do uniwersytetu. Mamy dużo szczęścia – udaje nam się zobaczyć pancernika oraz drugą, większą anakondę (tym razem na szczęście zostawiliśmy ją w spokoju) i liczne ptaki. Zdobywamy też „Pico Llanos” – najwyższe wzniesienie w okolicy o wysokości około 1 metra 😉

Safari na Los Llanos nie było naszą przygodą życia, ale też nie oczekiwaliśmy, że nią będzie. Niemniej zaspokoiło nasze oczekiwania – zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych zwierząt w ich naturalnym środowisku. Serdecznie polecamy tą wycieczkę wszystkim miłośnikom przyrody zmierzającym do Wenezueli!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *