W górach jest wszystko co kocham.

To nie był pierwszy raz, kiedy mierzył się z samym sobą i najwyższa górą świata, choć po raz pierwszy jako przewodnik.  To nie był pierwszy raz, kiedy zaglądał everestowej śmierci w oczy, jednak nigdy wcześniej jej  nie asystował. ..

Umarł mu w ramionach. Nagle. W trakcie schodzenia  z niezdobytego kolosa  – zabrakło 50 metrów.  Osunął się na pokrytą śniegiem ziemię i zapowiedział, że za chwilę skona. I były to jego ostatnie słowa. Klienta – wspinacza, którego serce zbuntowało się przeciwko 8000 metrów wysokości i alpinistycznemu wysiłkowi.

– Strach, przerażenie, złość, bezradność, poczucie winy? – pytam 8 lat później Harry’ego (poznanego w San Gil rowerzystę i couchsurfera, który wraz ze swoją narzeczoną Ivaną przemierzali trasę z Alaski do Ziemi Ognistej) co czuł w momencie, w którym Mount Everest, niczym zła Królowa śniegu, przemienił w jego ramionach kolejne ludzkie życie w kryształ lodu, poszerzając swoją kolekcję lodowych figur – zamrożonych ciał, których nikt nie ma siły ściągnąć i oddać w ręce rodzin.

– Jak daleko jest w stanie posunąć się śmierć? Czy może odebrać  miłość do gór, obrzydzić, znienawidzić siebie?

Harry odpowiada z uśmiechem:

– Ja dopiero wtedy poczułem jak kocham życie i że naprawdę muszę z niego porządnie skorzystać, bo jest tylko jedno.

I korzysta. Będąc w Tagandze dowiadujemy się, że Harry planuje zdobycie kolejnego szczytu – tym razem najwyższego w Wenezueli. Marcin niezwłocznie postanawia przyspieszyć naszą podróż do Meridy i przyłączyć się do tej czterodniowej,  górskiej wyprawy.

Ivana się wycofuje, ja się waham. Zdobycie Pico Bolivar (4978 m n.p.m) wiąże się ze wspinaczką w skałach, w której nie mam doświadczenia. Bo Mont Blanc, czy sztuczna ścianka wspinaczkowa to nie to samo.  A poza tym, podejście jest całkiem strome – czy nie będę za bardzo spowalniać facetów? Wiecie, nie codziennie chodzi się w góry ze zdobywcą Korony Ziemi…

Marcin dodaje mi odwagi. Idę! A co tam. Jeśli teraz tego nie zrobię, to na pewno nie za 20 lat. Wtedy pewnie będę gruba, pomarszczona i  zafascynowana Wenezuelą co najwyżej w aspekcie oglądania  telenoweli (Boże broń!). Poza tym, jeśli mam zbierać doświadczenie – to z kim, jeśli nie z takimi ludźmi jak mój mąż, Harry i towarzyszący nam lokalny przewodnik.

Idziemy. Po nocnej, nieodespanej jeździe z Kolumbii do Wenezueli pierwszy dzień (z Los Nevados do stacji Teleferico – najdłuższej kolejki linowej na świecie, z tym że nieczynnej do odwołania), jest dla nas wykańczający. Następnego dnia jest lepiej, chociaż wraz z Marcinem nie dorównujemy tempu Harry’ego pod górę. Po 4 godzinach docieramy jednak do opuszczonej niczym nawiedzony dom, najwyższej stacji Teleferico – Pico Espejo, skąd następnego dnia o świcie wyruszamy na atak szczytowy.

Wspinaczka okazuje się nie być przerażająca. Trudność plasuje się jako IV w skali tatrzańskiej. I kiedy jesteśmy już blisko szczytu w radości nawilżam sobie usta, co by ucałować stojące na tych wysokościach popiersie Simona Bolivara (tutejszą świętość narodową). Wyobraźcie sobie moją rozpacz, kiedy po wspięciu się na szczyt nigdzie Szymka znaleźć nie mogliśmy. Nasz przewodnik stwierdził, że pewnie bohater przez tyle lat stania trochę zgłodniał i wyskoczył na miasto na arepy (tutejszy przysmak – kukurydziane placuszki). Na szczęście miał w sobie tyle przyzwoitości, że załatwił zastępstwo: wenezuelski banknot z własną podobizną.  Jednak ust swych, pocałunkiem z pieniędzmi, poniewierać nie będę – więc cóż mi pozostało? Nie ma Szymka, jest mąż! Dzięki któremu stawiam sobie coraz wyższe cele 😉

Następnego dnia po zejściu do Meridy, aby uwieńczyć powodzenie naszej wyprawy, wybieramy się do miejsca, słynącego z pobicia pewnego rekordu Guinnesa.  Ale o tym, już w następnym poście…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *