Był sobie człowiek…

Był sobie człowiek. Turysta z Niemiec. Wybrał się pewnego dnia wraz z grupą innych turystów na wenezuelską Roraimę i kiedy mieli schodzić  z tepui, Niemiec uparł się że chce zostać tam jeszcze jedną noc. Nikt nie wie dlaczego, ani jak, człowiek ten zmarł w nocy na serce. Podobno od tamtej pory jego duch wciąż błąka się po tym mistycznym szczycie, szukając lekarstwa w plecakach nieopatrznie zostawionych  na zewnątrz namiotów. Jego kroki słyszała już nie jedna osoba…

Albo…

Był sobie człowiek. Mieszkał w jednej z indiańskich wiosek na terenie dzisiejszego Parku Narodowego  Canaima (w języku tutejszych Indian Pemon: Park Morderców).  Ze względu na jakiś nieprawy postępek trafił do lokalnego więzienia. Szamanizm nie był mu obcy, dlatego też spożywszy roślinny specyfik i wykorzystując siłę woli przemienił się w mrówkę, po czym uciekł. Strażnicy znaleźli go parę dni później we własnym domu…

Albo…

Był sobie człowiek. Próbował pokonać rzekę Kukenan, tę samą którą pokonuję się w drodze na Roraimę. Pora była deszczowa, rzeka wezbrała. Tratwa, którą Indianin chciał dotrzeć na drugi brzeg, przewróciła się. Rzeka pochłonęła indiańskie życie, nikt jednak nie mógł znaleźć ciała. Szaman ostatecznie wskazał miejsce – dwa kilometry od wypadku. Znalezione dzień po wypadku zwłoki nie miały oczu, nosa ani przyrodzenia. Sytuacja ta podobno zdarzyła się potem powtórnie.  Do dziś miejscowi wierzą, że w rzece kryje się jakiś potwór…

Nie wiem co było bardziej mistyczne – sama Roraima, która na rozległym, ściętym, niemalże niekończącym  się szczycie, w swym surowym krajobrazie  kojarzy się bardziej z  powierzchnią księżyca niż górą leżącą na Wielkiej Sawannie, czy nasz indiański przewodnik Marco i jego opowieści, po których czasem przeszedł przez skórę dreszcz niepokoju lub fascynacji. Jakkolwiek, wyprawa ta była bardzo wyjątkowa.

Samo formowanie ekipy było ciekawe. Rozpoczęło się od napisania na forum Lonely Planet o planowanym trekkingu i poszukiwaniu zainteresowanych osób do sformowania grupy i podzielenia się kosztami obowiązkowego przewodnika i transportu. Napisały 3 osoby – Brazylijczyk o nazwisku Malinowski, Radu – mieszkający w Niemczech Rumun i jak się potem okazało nasz rodak, Łukasz.

Z Brazylijczykiem kontakt się urwał, ale jakimś cudem udało nam się dograć z resztą. Gdy o wczesnym poranku w Ciudad Bolivar czekamy na Łukasza i Asię, którzy dopiero co rozpoczęli swoją kilkumiesięczną podróż po Ameryce Południowej, zostajemy zaskoczeni nie tylko przez nich, ale dodatkowe dwie osoby – Irinę z Austrii, z którą podróżują od przedwczoraj i Jorge z Hiszpanii, którego poznali 10 minut wcześniej, na dworcu – wszyscy dołączają do naszej ekipy 🙂

W Santa Elenie zostajemy przywitani przez Radu, który informuje nas, że do grupy chciałaby dołączyć jeszcze jedna osoba – Chińczyk z Kanady, ma przyjechać rano.

W ten sposób nasza wybuchowa mieszanka etniczna wyruszyła wspólnie na szlak! Dzięki znalezieniu dodatkowych sześciu kompanów podróży, zamiast zapłacić po 250 – 300 dolarów od osoby, płacimy niecałe 100, już z wyżywieniem.

Wyjście w góry z stosunkowo tak liczną grupą nieznających się dotychczas ludzi było ryzykowne. Nie wiedzieliśmy o sobie praktycznie nic – jakim tempem kto chodzi, czy ma problemy zdrowotne, czy głośno chrapie albo czy nie jest po prostu irytujący. Te obawy zostały jednak szybko rozwiane już po pierwszym dniu – grupa okazała się fantastyczna! Każdy człowiek okazał się być fascynujący na swój własny sposób. Radu, prawie czterdziestoletni Rumun, jest pisarzem. Dwa lata swojego dzieciństwa spędził w rumuńskim sierocińcu, do którego trafiały dzieci politycznych. Potem mieszkał z rodzicami w NRD, skąd następnie wyemigrował do Stanów, gdzie mieszkał i studiował japonistykę przez siedem lat.  Z USA wyrzucili go za udział w protestach przeciwko ustawie „Patriot Act”. Kolejne trzy lata spędził w Japonii, stwierdził jednak, że nie może tam dłużej żyć. Obecnie planuje przeprowadzić się do Tajlandii ze swoją tajską dziewczyną.

Jorge jest architektem, ale nie zarabia kokosów. Mówi, że teraz w Hiszpanii jest więcej architektów niż miejsc pracy. Zarabia około 1200 euro na miesiąc, co przy kosztach życia w Madrycie, wcale nie jest dużą kwotą. Do Wenezueli wyrwał się na dwu i półtygodniowy urlop.

Irina z Austrii tak jak my zamierza odbyć roczną podróż po kontynencie. Wcześniej podróżowała po Azji. Potrafi mówić biegle po hiszpańsku i włosku, którego nauczyła się będąc na wymianie nauczycielskiej we Włoszech.

Rodzice Michele wyemigrowali z Chin do Francji jeszcze zanim się urodził, więc swój kraj zna z opowieści i jako… turysta. W Pekinie zaczął swoją lądową podróż przez Azję. Potem przez jakiś czas mieszkał i pracował w Kanadzie, ale zwolnił się, żeby dalej podróżować.

Są w końcu nasi rodacy – Asia i Łukasz, przesympatyczna para. Łukasz ma ogromne doświadczenie podróżnicze – przejechał lądem z Polski do Etiopii, kilka razy odwiedzał też kontynent azjatycki. Oboje są źródłem fascynujących opowieści podróżniczych i nie tylko, a jako wegetarianie zarażają nas kulinarnym, bezmięsnym szaleństwem. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się ich poznać i mamy nadzieję, że uda nam się jeszcze gdzieś spotkać na szlaku.

Wszyscy członkowie grupy przez większość czasu kondycyjnie dawali radę i trzymali nawet niezłe tempo. Tylko Radu czasami trochę nie domagał idąc pod górę ze względu na problem z kolanami, ale ponieważ siła grupy to siła jej najsłabszego uczestnika, wszyscy solidarnie wzięliśmy na siebie po kilka kilogramów z jego plecaka, aby też mógł docenić piękno Roraimy.

Drugiego dnia trekkingu, dotkliwie pogryzieni przez muszki Puri Puri i zmęczeni ostrym podejściem dotarliśmy na szczyt – ponad 2700 m n.p.m. Ale znów nasz podróżniczy kufer uchylił przed nami tajemnicę innego życia.

Wiernie opisuje to w swojej relacji z wejścia na Roraimę Tomasz Cukiernik:

Szczyt tepui to rzeczywiście inny świat. Żyje tutaj około tysiąca gatunków endemicznych roślin i zwierząt, które musiały się przystosować do niesprzyjających warunków. Rośliny rosną w szczelinach między głazami i muszą się opierać wiejącym tu często silnym wiatrom. Mają mocne, twarde, sztywne łodygi. Wiele z nich żywi się owadami, czym rekompensuje sobie brak składników odżywczych (głównie azotu) w ubogim podłożu. Kapturnice, dzbaneczniki, rosiczki czy pływacze kuszą różnorodnością kształtów i kolorów – są jaskrawoczerwone, bordowe, różowe, zielone, żółte. Na Roraimie rosną też orchidee i paprocie, których historia sięga 400 milionów lat wstecz.

Stąpając po różowym piasku i przeskakując z kamienia na kamień, by ominąć liczne cieki wodne, docieramy do Doliny Kryształowej. Woda i wiatr wyrzeźbiły w czarnych i szarych skałach przedziwne kształty – mijamy samotnie stojące ostańce, kamienne stoły i grzyby. W tym księżycowym otoczeniu dobrze czują się ptaki, czarne motyle, tarantule i czarne żaby. Większość fauny na tepui ma kolor ciemnobrązowy lub czarny, który z jednej strony daje im ochronę przed promieniowaniem ultrafioletowym, z drugiej pozwala ukryć się na skałach. Na różowym piasku łatwo zobaczyć także ślady jedynego tutejszego endemicznego ssaka – koati z rodziny szopowatych. Trochę szkoda, że dinozaurów nie ma.

Dinozaurów nie ma. Ale za to wciąż snują się indiańskie opowieści…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2010 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *