Smażone mrówki, palone kukły i mrożone zwłoki.

San Gil znane jest jako stolica sportów ekstremalnych Kolumbii. Dziesiątki biur turystycznych oferują rating, paralotniarstwo, canyoning czy skoki na bungee. Niestety, nasz budżet pozwolił nam tylko na doświadczenie ekstremum lokalnej kuchni – specjału regionu jakim są smażone mrówki – hormigas culonas. Spokojniejszą atrakcją jest pobliska, urocza Barichara – małe kolonialne miasteczko, w którym nakręcono kilka kolumbijskich telenowel. Ma swój klimat, zwłaszcza kościoły – gdy je zwiedzamy w mojej wyobraźni od razu rysują się sceny w których przystojny San Jose zdyszany wjeżdża na koniu i w ostatnim momencie przerywa ślub pięknej Fernandy ze złym Don Diego, którego ona wcale nie kocha, ale pragnie całym sercem byc z Jose, którego z kolei nie akceptuje burkliwy Santiago, ojciec Fernandy, który z kolei…

Będąc w Bariacharze koniecznie trzeba wybrać się na 9-kilometrowy spacer po Camino Real – ścieżce zbudowanej i odbudowywanej na przestrzeni wieków przez lokalna ludność. Prowadzi ona do małej i sennej miejscowości Guane. Wiejskie pejzaże po drodze nasycają oczy i koją duszę. W samym San Gil natomiast umiejscowiony jest bardzo ładny park Gallinera, z papugami, basenem i ogromnymi drzewami porośniętymi niesamowitymi porostami przypominającymi brody.

Podróżując już kilka miesięcy po kontynencie, spotkaliśmy mnóstwo podróżników. I naprawdę spory procent to ludzie będący w trakcie rocznych wojaży – tzw. „Gap Year”. Jednak niecodziennie spotyka się rowerzystów, którzy postanowili przejechać trasę z Alaski do Argentyny. Harry z Holandii (40 lat) – zdobywca Korony Ziemi, postanowił połączyć pasję podróżowania po świecie z pracą zawodową i założył firmę pośredniczącą w organizacji komercyjnych wypraw wysokogórskich (7summits.com). Jest autorem trzech przewodników (Everest, Denali i Aconcagua), kilku programów telewizyjnych, artykułów i zdjęć publikowanych m.in w National Geographic. Przy całym ogromie swych osiągnieć jest jednocześnie osobą bardzo skromną i chętnie dzielącą się swoim doświadczeniem.

Ivana (35 lat) z Argentyny, naprawdę zaczęła podróżować 6 lat temu. Poznali się w Tybecie, w trakcie jej pierwszej długiej wyprawy rowerowej z Nowej Zeladnii do Indii. Swoją transamerykanską podróż rowerową zaczęli na początku 2008 roku i planują pedałować jeszcze przez około rok. Ich dalsze plany to otworzenie niskobudżetowego schroniska w Krainie Jezior w Patagonii z wydzieloną darmową sekcją dla couchsurferów 🙂

Poznaliśmy się w domu couchsurfera Andresa, który przyjął nas wszystkich pod swój dach. Sam gospodarz nie spędza z nami jednak za dużo czasu, więc dzielimy te kilka dni głównie z Harrym i Ivaną. Wspólne wieczory upływają nam na wymianie historii o przygodach z podroży, o dobrych ludziach spotkanych po drodze, a nawet o… zamrożonych zwłokach tych, którzy zostali na Evereście.

W sylwestra wybieramy się na ostatnią w starym roku pizzę, a nowy rok witamy na rynku w San Gil. Pokaz fajerwerków nie powalił na kolana, ale i tak był niezły, zważywszy na to, że legalne kupno fajerwerków było niemożliwe.

Z kolumbijskich zwyczajów sylwestrowo-noworocznych interesujące są dwa. Pierwszy to fakt, ze jest to święto mocno rodzinne. Odbywa się tego dnia uroczysta kolacja i dopiero w nowym roku, koło pierwszej w nocy młodzi wychodzą bawić się samemu. Drugi zwyczaj to palenie wypchanych fajerwerkami kukieł symbolizujących stary rok. Trochę podobne do polskiego topienia marzanny.

To był dobry rok!

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.