Sierra Nevada del Cocuy.

Prawdopodobnie fakt, że Kolumbia ma góry, po których można chodzić, będzie dla niektórych kolejnym zaskoczeniem, ale jest nie inaczej. Góry są i to bardzo zróżnicowane – jest Sierra Nevada de Santa Marta – najwyższy przybrzeżny łańcuch górski na świecie, jest wyrastające ponad plantacjami kawy Los Nevados. I jest Sierra Nevada del Cocuy, którą obraliśmy za swój cel.

Po całonocnej podróży po wyboistej drodze z Bogoty jesteśmy w końcu na miejscu. Górskie miasteczko El Cocuy mogłoby sprawiać wrażenie, że zatrzymał się w nim czas, gdyby nie wszechobecne wojsko z nowoczesnym uzbrojeniem. Płacimy za wejście do Parku Narodowego i …. na szlak? To nie takie proste. Mamy kilka opcji. Pierwsza to złapać autobus do Guican i stamtąd iść kilka godzin po nudnej szosie do miejsca rozpoczęcia właściwego trekkingu. Druga to wynajęcie prywatnego transportu – odpada, za drogo. I trzecia – przejazd wczesnoporannym lechero (wozem mleczarskim) za dużo mniejsze pieniądze. Jest to standardowy środek transportu dla lokalnych ludzi –  przemieszczają się nim między odległymi wioskami. Mamy więc dodatkową okazję doświadczyć lokalnego folkloru. Zawijamy się w śpiwory, wciskamy między bańki na mleko i nastawiamy się na kilkugodzinną podroż…

Od miejsca w którym wysiadamy są jeszcze 4 godziny do Parada de Romero – miejsca, w którym kończy się droga przejezdna dla samochodów i stoi ostatnia cabaña – górski schron. Odtąd przez najbliższe 5 dni jesteśmy zdani wyłącznie na własne siły.

Trasa, którą postanowiliśmy zrealizować pozwala w pełni docenić piękno tych gór. Szlak nie posiada oficjalnych oznakowań poza kilkoma tablicami umieszczonymi przy większych jeziorach i na przełęczach. Został jednak przedreptany przez kilkuset turystów przed nami, którzy wyżłobili ścieżkę widoczną przez większość trasy i zostawili kamienne kopce w kluczowych miejscach. Do nawigacji niezbędny jest kompas i pozbawiona oznaczenia skali mapka otrzymana w biurze Parku. Wspomagamy się jeszcze bardzo lakonicznym opisem z przewodnika Lonely Planet. Niedużo, ale i tak o niebo lepiej niż na większości górskich szlaków, które przeszliśmy w Peru czy Ekwadorze. Mimo to już na samym początku mamy problem z zlokalizowaniem ścieżki na pierwszą przełęcz El Cardenillo jak i przełęczy samej w sobie. Z pomocą przychodzi wyrosły jak spod ziemi lokalny pasterz na koniu. Niczym Anioł Stróż wskazuje właściwą drogę i znika bezpowrotnie.

Z przełęczy schodzimy nad jezioro Laguna Grande de los Verdes, następnie na kolejną przełęcz – Frailes – z której do najbliższego płaskiego miejsca z dostępem do wody są około 2 godziny. Pogoda tego dnia nam nie dopisuje – mniej więcej od południa zaczyna być bardzo mgliście – widoczność spada czasem do kilku metrów utrudniając nawigację. Jak się okaże przez kolejne dni, ma to się stać zasadą.

Trzeci dzień i trzecia przełęcz – paso de La Sierra jest najwyższym punktem jaki osiągamy w trakcie treku – znajduje się na wysokości 4700 m n.p.m. Widok, który się z niej rozciąga, jest przepiękny. W oddali widać ośnieżone szczyty i nieduży kawałek lodowca. Niestety za kilka lat zniknie zupełnie – kto nie wierzy w globalne ocieplenie, niech przyjedzie w Andy. Schodzimy do jeziora El Avellanal i dalej doliną mijając kilka wodospadów, aż docieramy do miejsca, w którym szlak się rozwidla. Jeśli wybierzemy ścieżkę, która odbija na wschód, po kilku dniach zaprowadzi ona nas na bagienne niziny Los Llanos. Nam jednak dalej iść w góry, więc kierujemy się na południe.

Przed nami dolina los Cojones – podmokły teren porośnięty kępami mchów.  Przypomina on trochę staw z liliami, a ponieważ jedyna opcja przejścia go suchą nogą to skakanie z kępy na kępę, my sami czujemy się jak skaczące z liścia na liść żaby. Ale to dopiero jutro, ponieważ mgła, która nagle spowiła świat, uniemożliwia obranie właściwego kierunku przez pozbawione ścieżki mokradła. Jest noc przed Wigilią.

Niecałe 10 lat temu przekroczenie przełęczy El Castillo bez raków było niemożliwe. Dzisiaj lodowiec przypomina o sobie tylko w drobnych zakamarkach skalnych, gdzie nie dopadło go jeszcze bezlitosne słońce. Przed nami widok na kolejna dolinę – w  niej spędzimy Wigilię. Ponieważ trzeba wszystko przygotować, rozbijamy się w pierwszym dogodnym miejscu nad jeziorem El Pañuelo. Moja żona wyciąga z plecaka wigilijne potrawy, które przez ostatnie 3 dni marszu dzielnie nosiła i skrywała przede mną.

Nie ma barszczu z uszkami, karpia ani klusek z makiem. Jest zupka chińska, bułka z warzywami i makaron z sosem z proszku. Mimo to oboje czujemy, że jest to najprawdziwsza Wigilia jaką przeżywamy w życiu – skromna jak żłobek w którym narodził się Zbawiciel. Tylko bliskich brak.

W Boże Narodzenie o poranku spotykamy nietypowego turystę – samotna trzydziestokilkuletnia turystka z Stanów Zjednoczonych. W Cocuy jest po raz drugi – po raz drugi przechodzi tą samą trasę, Mówi, że są to jedne z jej ulubionych gór w Ameryce Południowej. Częstujemy ją tym co zostało z wieczerzy i życzymy powodzenia w dalszej wędrówce.

We mgle, mijając potężne pionowe ściany skalne dochodzimy nad największe jezioro w okolicy – Laguna de la Plaza  nad którym spędzamy piątą z kolei noc w górach. Następnego dnia czeka nas ostatni etap trekkingu –  bynajmniej nie najprostszy. Dwie przełęcze dają w kość. Mijamy pod drodze dwóch niemieckich wspinaczy i dochodzimy do pierwszego od 6 dni schroniska nad rzeką Lagunillas. Hurra, zrobiliśmy całą pętlę! Rozbijamy się przy drodze i przed snem podziwiamy zachód słońca nad ośnieżonym szczytem Pan de Azucar i sąsiednim Pulpito del Diablo – sześćdziesięciometrowym, kwadratowym blokiem skalnym na wysokości ponad 5000 m n.p.m. Nazwa jest jak najbardziej adekwatna – oglądając to człowiek zastanawia się jak, u diabła, tam się to znalazło! Siódmego dnia od rozpoczęcia wędrówki rano łapiemy płatnego stopa do El Cocuy.

Sierra Nevada del Cocuy to góry niezwykłe. Kapryśna pogoda rzadko kiedy pozwala podziwiać je w całym swoim pięknie i majestacie. Często byliśmy zawiedzeni, gdy wchodząc na przełęcz z której zgodnie z opisem trasy powinna rozciągać się przepiękna panorama ośnieżonych szczytów, a my ledwo widzieliśmy najbliższy kamień. Mimo to były momenty, w których nagle wiatr rozwiewał mgłę, odsłaniając widoki dosłownie powalające na kolana. Sierra Nevada del Cocuy jest jak piękna i mądra kobieta – nie pokazuje wszystkich swoich uroków od razu, ale odsłania je stopniowo, trzymając w ciągłym napięciu i zainteresowaniu. Dlatego chce się do niej wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.