Podwodny Świat.

Uwielbiam to uczucie. Bycia Łucją, która wchodzi do szafy i odkrywa magiczny, fascynujący Świat Narnii. Otwierania skrzypiących tajemnicą drzwi komnaty, prowadzących do nieznanego nam wcześniej wymiaru Życia.

My jednak nie mamy szafy. Mamy nasz podróżniczy kufer, otwierany niewidzialnym kluczem odwagi i entuzjazmu, na dnie którego, jak dotychczas, znaleźliśmy porośnięte dżunglą ścieżki wiodące do inkaskich cywilizacji, rajskie wyspy zamieszkane przez giganty (żółwie), smoki (legwany), ptaki o niebieskich stopach;  mroźne krainy przysypanych śniegiem i pokrytych lodem piramid, a także ciepłe kraje ogrzane pogodną, latynoamerykańską (nie)codziennością i naszymi wolontariackimi przedsięwzięciami.

Cztery dni temu nasz kufer otworzył się przed nami ponownie. Tym razem skrywał w sobie tajemnicę podwodnego świata – wybraliśmy się na kurs nurkowy!

Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego zejścia pod wodę. Ta melodia podwodnego oceanu – dźwięki, roznoszące się cztery razy szybciej niż w powietrzu, odgłosy których nigdy, nigdzie nie słyszałam… I te strumienie bąbelków, w których uśmiechał się do mnie mój lęk i moje życie.

Owszem, pamiętam strach. Czy nie zabraknie powietrza, czy nic nie stanie się Marcinowi, czy dam radę oddychać tylko ustami, czy moje chorowite zatoki wytrzymają rosnącą wraz z głębokością presję i czy na pewno dobrze zrozumiałam tę specjalistyczną terminologię po angielsku (cały kurs wraz z egzaminem pisemnym był angielskojęzyczny). Potem lęk rósł wraz z podwodnymi ćwiczeniami ewentualnych, zagrażających nam sytuacji oraz rozwijaniem umiejętności takich jak nurkowanie bez  maski, pozbywanie się wody i presji z maski, oddychanie z zepsutym regulatorem, utrzymywanie neutralnej wyporności, opanowanie sytuacji związanych z kończącym się powietrzem w butli, lub jego całkowitym brakiem (dla symulacji, instruktor zamykał nam powietrze w butli)  i wiele innych. Praktyki te wkrótce zresztą okazują się być potrzebne – Marcin przy każdym nurkowaniu stosunkowo szybko osiąga dolną ilość powietrza w butli i musi korzystać z alternatywnego regulatora naszego instruktora. Na szczęście już doskonale wie, jak to robić.

W międzyczasie pierwszych, podwodnych zajęć patrzę na Marcina, któremu włosy na głowie falują jak glony. Pokazuje mi jakiś znak, którego nie rozpoznaję spośród używanych do podwodnej komunikacji. Rysuje coś palcami obu rąk w okolicy klatki piersiowej i wskazuje na mnie. Kurka, bolą Go płuca, czy jak?! Daję poznać, że nie kumam o co chodzi i układam z dłoni literę O – OK? Odpowiada, że OK.  Po wyjściu z wody zrozumiałam:

– Nic takiego. Serduszko Ci rysowałem. Bo Cię kocham 🙂

Ostatniego dnia nurkowań schodzimy na  głębokość 18 metrów i zamiast ćwiczeń, swobodnie nurkujemy. Tu, w kolumbijskiej Tagandze, nurkowanie to nie jest jak snorkeling na Galapagos – nie widzieliśmy rekinów,  ogromnych żółwi,  uchatek, czy płaszczek. Środowisko i widoczność są zupełnie inne. Spotykamy skrzydlicę, szkaradnicę, węża morskiego, roślinność różnego rodzaju. Jednak nurkując – dowiadujemy się czegoś więcej na temat samych siebie, doświadczamy kompletnie innej relacji z podwodnym światem. Jakby bardziej intymnej. Która  wzbudza ciekawość i nierzadko czujność u zwierząt,  pozwalających nam stanowić część ich rzeczywistości przez te kilkadziesiąt minut.

Po trzech dniach nurkowań, zdaliśmy egzamin pisemny i zakończyliśmy kurs. Jesteśmy certyfikowanymi nurkami i teoretycznie możemy wybierać się na samodzielne nurkowania. Teraz już legalnie i profesjonalnie będziemy nurkować do dna naszego kufra w poszukiwaniu nowych Światów, a podwodna Narnia dopiero lekko uchyliła przed nami swoje wody…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *