Kto tam? Hipopotam i Piraci z Karaibów.

Dopadła mnie. Zastawiła podstępne, bożenarodzeniowe sidła. Dopadła mnie. Jak  największe pragnienie na pustyni, usypanej piaskiem odmierzonego czasu. Dopadła mnie. Jak złodziejka marzeń w mrocznym zaułku ciemnej nocy. Dopadła mnie jak śnieg zaskoczonych, polskich drogowców. Tęsknota.

Za domem. Za śmiechem przyjaciół – strażników wyjątkowych wspomnień oraz sekretów małych i dużych. Za moim harcerskim mundurem. Za Gdynią przystrojoną zimą. Za zapachem Tytuterazowej sceny. Za książkami w polskim języku. Za nocnymi sesjami gier  planszowych w doborowym towarzystwie. Za maślanką stracciatella z Biedronki w naszej lodówce. I za ogórkiem kiszonym, którego tutaj na oczy nie widzieli.

Że szalona? Bo co? Bo w styczniowy dzień  roboczy, leżąc na Białej Plaży (Playa Blanca) nad Morzem Karaibskim o turkusowej, nagrzanej słońcem wodzie, jedząc świeże mango,  ja marzę o tym aby na tydzień, godzinę lub choć chwilkę przenieść się do lodowatej Gdyni i obżerać ogórkami kiszonymi?

Teraz zwierzeń kolejna odsłona. Otóż przed kilkudniowym wypadem „wybyczajacym” na plażę, wybraliśmy się z Cartageny na wulkan Lodo El Totumo – najwyższy wulkan błotny w Kolumbii.

Owszem, wiem, bardzo dobrze wiem co NIEKTÓRYM ciśnie się teraz na usta.  Muszę wyjaśnić, że w czasach swojej przeszłości trochę z przekory do moich kompleksów, a trochę z czułością zwana byłam w pewnych kręgach HIPCIEM. I chcę ubiec teraz takich cwaniaczków jak Sebastian, czy Tomek W, którzy z pewnością już gotowi byli napisać w komentarzu: „Hiiiippccciiiooo, jaka tęsknota za domem, jak Ty w końcu po tylu latach dopiero trafiłaś na swoje bagienko!”. Otóż nie – ja czuję, że nie ma bardziej grząskiego gruntu niż Polska.

Jako dalszy ciąg naturalnego kurortu spa postanowiliśmy pozażywać solnej kąpieli w Morzu Karaibskim, na wspomnianej wcześniej Playa Blanca. Z plecakami zapakowanymi w kilogramy owoców i warzyw wyruszyliśmy drogą lądową (która jest zdecydowanie tańsza niż płyniecie łodzią z Cartageny)  podejmując się jednej z najniebezpieczniejszych rzeczy, jak dotychczas w naszej podroży. Bo wyobraźcie sobie jazdę na JEDNYM motorze po piaskowej drodze, z 3 pasażerami i 2 wielkimi plecakami…  Oprócz drogowych, innych piratów z Karaibów nie widzieliśmy.

A mi się wciąż tęskni do naszego bagienka…

Wpis w nieznacznie zmienionej formie ukazał się pierwotnie na starym blogu w 2009 roku i stanowi zapis naszych wrażeń „na gorąco” z rocznej podróży po Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.